Październikowy spadek indeksu Ifo, obrazującego koniunkturę w Niemczech, do poziomu najniższego od 9 miesięcy jest kolejnym sygnałem, że źle się dzieje za Odrą. Wcześniej 6 renomowanych instytutów niemieckich obniżyło swoje prognozy wzrostu gospodarczego w tym kraju prawie o połowę - w przyszłym roku PKB ma tam wzrosnąć o 1,4%, a nie o 2,4%. Powodów takiego spadku nastrojów jest wiele - wśród nich jednym z najważniejszych jest brak wyraźnego ożywienia w USA, które są dużym odbiorcą niemieckich towarów, co ogranicza wzrost eksportu.
Stagnacja w Niemczech negatywnie działa na polską gospodarkę. Ten kraj jest największym odbiorcą naszych towarów i bez ożywienia tam, szanse na wzrost polskiego eksportu są niewielkie. A - zdaniem ekonomistów - bez większego eksportu nie ma szans na uzyskanie w przyszłym roku wzrostu PKB o 3,5%, jak to założył rząd w budżecie.
- Rząd w budżecie zakłada bardzo znaczny wzrost popytu konsumpcyjnego - powiedział Marek Zuber, ekonomista. - Ale żeby osiągnąć 3,5%, potrzebny jest większy popyt za granicą, co pobudzi inwestycje polskich firm i nakręci popyt inwestycyjny. Tyle że taki scenariusz jest obecnie coraz mniej prawdopodobny.
Także Jacek Wiśniewski, ekonomista Pekao SA, ma coraz większe wątpliwości, czy 3,5-proc. tempo wzrostu jest możliwe.
- Od początku mówiliśmy, że jest to optymistyczna prognoza - powiedział . - Nie można liczyć, że takie przyspieszenie rozwoju gospodarki będzie możliwe tylko dzięki popytowi wewnętrznemu. Tymczasem ostatnie sygnały, płynące z zagranicy, wskazują, że nie można się tam spodziewać większego ożywienia gospodarczego mniej więcej do połowy przyszłego roku.