Poniedziałek zapowiadał się dość spokojnie. Ostatnia bezbarwna sesja w USA i brak nowych rynkowych wiadomości nie dawał na otwarcie przewagi żadnej ze stron. Wprawdzie kontrakty rozpoczęły notowania 6-pkt. wzrostem, ale wynikało to po prostu z panującego trendu. Gdy giełdy Eurolandu nie potwierdziły tego optymizmu, nasz rynek szybko wrócił w okolice piątkowego zamknięcia, gdzie na niskich obrotach krążył następne kilka godzin. Z objęć marazmu kontrakty wydostały się dopiero po 13.00, gdy więksi gracze przypomnieli sobie o ostatniej rynkowej tendencji.
Parę sporych transakcji na TPS zapoczątkowało wzrost indeksu w pobliże piątkowego szczytu całej fali wzrostowej, ale na kontraktach nie było jeszcze widać większego optymizmu. Zmniejszenie bazy i bardzo duże oferty sprzedaży nie pozwalały na szybki wzrost, a obawy wynikały głównie z dość niskiego obrotu. Doświadczenie uczy, że podciąganie rynku kilkoma transakcjami nie jest zbyt trwałe. Dopiero pokonanie wspomnianego szczytu na indeksie bardzo mocno zwiększyło rynkową aktywność i tym samym dało "technikom" jasny sygnał do kontynuowania wzrostów. Rozpoczęła się systematyczna wspinaczka, którą w końcówce sesji same zdynamizowały uciekające z rynku niedźwiedzie.
Kontrakty weszły tym samym w obszar nie zamkniętej w czerwcu luki bessy oraz doszły do 50-proc. zniesienia tegorocznej fali spadkowej. Należy jednak pamiętać, że, po pierwsze, najważniejsze opory są tak naprawdę dopiero w okolicach 1300 pkt., a po drugie to niedojście do jakiegokolwiek oporu decydować będzie o zakończeniu trendu wzrostowego, ale pękające pod naporem podaży wsparcia. Na razie odległość chociażby od średniej kroczącej czy ważnych na obu rynkach okolic 1200 pkt., pozwala optymistom spokojnie przyglądać się nawet większej korekcie.