Mija rok 2002. Inwestorzy giełdowi nie zapamiętają go dobrze - dużo spadków i upadków. Lista spółek, zagrożonych upadłością, a notowanych na warszawskim parkiecie, liczy około 30. To dużo jak na instytucję, która chlubiła się, że gromadzi najlepsze polskie firmy. Jednak - biorąc pod uwagę liczbę tegorocznych debiutów - to o wiele za dużo. Nie widać chętnych, którzy zastąpiliby odchodzących. Tymczasem jest firma, która na GPW powinna się pojawić - właśnie... GPW.

Bo tak szczerze mówiąc - co byś zrobił, Drogi Czytelniku, gdyby do Ciebie przyszedł agent firmy ubezpieczeniowej i zachwalał polisy firmy X, a sam był ubezpieczony w firmie Y? Albo czytałbyś wypowiedź prezesa funduszu emerytalnego M, który chwali się wynikami i osiągnięciami, a tymczasem na jego emeryturę pracuje fundusz K? Uznałbyś, że ktoś Ci wciska tzw. kit i podziękowałbyś za współpracę.

Nie chodzi tu o to, że jeden z wiceprezesów giełdy stwierdził, że nie lokuje ona swoich oszczędności w akcjach, bo woli inwestycje o mniejszym ryzyku. Jednak jak giełda ma przekonywać firmy do wchodzenia na parkiet i dzielenia się zyskami z akcjonariuszami, jeśli sama cały czas jest państwowa? I do tego te obowiązki informacyjne - nie dość, że trzeba się publicznie spowiadać ze wszystkiego, to jeszcze to sporo kosztuje. Jak giełda ma przekonać nowe przedsiębiorstwa, że ten obowiązek jest może uciążliwy, ale w ostatecznym rozrachunku się opłaci, skoro sama go nie wypełnia. Innymi słowy, GPW powinna świecić przykładem, a tymczasem robi wrażenie szewca, który innym szyje trzewiki, a sam gania boso po mrozie.

Wiem, że szefowie GPW nastawili się na wejście do jednego z sojuszy giełdowych, jakie tworzą się lub będą się tworzyły w Europie. Innymi słowy - trwają poszukiwania inwestora strategicznego. Problem jednak w tym, że - jak w przypadku wielu firm - przeciągają się one w nieskończoność. Poza tym, nikt nie jest w stanie powiedzieć, co nam da ów inwestor branżowy. Czy zdecyduje się w Warszawie rozwijać rynek regionalny, czy postanowi zostawić tutaj tylko najmniejsze i najsłabsze spółki, a resztę przenieść do siebie? Jak pokazał przykład giełdy w Amsterdamie, jest to całkiem prawdopodobne.

Z innej beczki - wejście inwestora strategicznego przynosi efekty często dyskusyjne, a ogranicza płynność akcji. Bez płynności nie ma handlu, bez handlu nie ma zysków GPW. Więc jak giełda ma przekonać do siebie inwestorów, skoro już na wstępie wybiera dla nich gorsze rozwiązanie. W końcu nie jest nigdzie powiedziane, że warszawski parkiet nie może mieć większościowego inwestora, ale nim się taki znajdzie, parę milionów złotych obrotu na akcjach GPW można byłoby uzyskać. Poza tym nie rozumiem, dlaczego na majątku Skarbu Państwa ma zarabiać tylko budżet - jak ktoś zechce GPW kupić, może to zrobić także poprzez warszawski rynek, dając zarobić także graczom giełdowym. W końcu i tak oddadzą część zysków fiskusowi.