Niedawno czytałem opowiadania Andrzeja Pilipiuka o przygodach Jakuba Wędrowycza, wioskowego egzorcysty i osobnika, który jest kompletnie na bakier z ustawą o wychowaniu w trzeźwości. Wszystko (no, prawie wszystko) dzieje się w Polsce D, w zabitych dechami popegeerowskich wsiach, gdzie panuje kompletna ciemnota i zabobon (w końcu główny bohater w bardziej światłych miejscach nie mógłby wykonywać zawodu egzorcysty, a przygody bimbrownika nie są już takie ciekawe). W jednym z opowiadań Wędrowycz rozmawia z tubylcami. Okazuje się, że ludzie nie umieją czytać, ale - jak jeden z nich stwierdza - pieniądze to liczyć umieją.

To prawda, że ludzie w naszym kraju nie zdają sobie sprawy ze wszystkich zjawisk ze sfery ekonomii. Sam miałem poważny problem z wyjaśnieniem specowi, który układał mi kafelki w łazience, że nawet znaczna redukcja uposażeń posłów i przekazanie oszczędności na podwyżki świadczeń dla emerytów i rencistów, nie poprawiłyby bytu tych ostatnich, bo posłów i senatorów mamy kilkuset, a emerytów i rencistów kilka milionów. Nie chciał wierzyć, że jest ich aż tylu. Jednak - trzeba przyznać - gość własne pieniądze liczyć umiał.

I dlatego, jak słyszę, czy czytam - jak w felietonie Łukasza Kwietnia "Edukacja, głupcze!" - o tym, że społeczeństwo jest kompletnie ciemne w sprawach ekonomii, przypomina mi się i to opowiadanie, i człowiek od kafelków. Gdyby Polacy byli ciemni, nie mielibyśmy praktycznej dwuwalutowości w latach 70. i 80. Nie byłoby błyskawicznego rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw na początku minionej dekady. Gdyby ludzie nie umieli liczyć własnych pieniędzy, nie byłoby tak potwornego problemu z restrukturyzacją górnictwa. Tzw. pracownikom dołowym wystarczyłoby bowiem składane przez rząd zapewnienie, że wkrótce powstaną nowe miejsca pracy na Ślądku, żeby odejść z branży.

To prawda, że np. część rolników nie jest w stanie pojąć, dlaczego za jeden rodzaj mleka dostają mniej pieniędzy, a za drugi więcej, skoro i tak wszystko wlewa się do jednej beczki. Nikt im nie wyjaśnił, że to po prostu sposób na to, aby zasugerować im produkcję tego bardziej opłacalnego rodzaju mleka i że w dłuższym czasie przynosi to rezultaty. Z drugiej jednak strony rolnicy doskonale pamiętają, że wcześniej (np. na przełomie lat 80. i 90. na przykład) żyło im się lepiej, a ostatnio nieustannie tracą i nie mogą skorzystać z rosnącej zamożności, jaka jest udziałem pozostałych części społeczeństwa. Oni też umieją liczyć własne pieniądze.Tymczasem mam wrażenie, że często tzw. edukacja ekonomiczna społeczeństwa sprowadza się w dużym stopniu do nauczenia ludzi wiary w oficjalne wskaźniki (której już dawno temu się pozbyli albo nigdy nie nauczyli, bo jednak liczyć umieją - kto przy zdrowych zmysłach wierzyłby w PRL-owskie statystyki). Pamiętam starszą panią, narzekającą bodajże w 1999 r. na duże wzrosty cen. Faktycznie, drożała głównie żywność, bo statystycznie rzecz biorąc, inflacja była niższa niż w 1997 r. na przykład. Ta pani widziała rosnące ceny chleba, a nie dostrzegała na przykład niskich cen akcesoriów łazienkowych czy stabilizacji kosztów zakupu luksusowych samochodów. A przecież w skład koszyka dóbr, na podstawie którego GUS liczy inflację, wchodzi mnóstwo różnych produktów, które niekoniecznie muszą interesować każdego Polaka. Podobnie jest z bezrobociem - z jednej strony mamy w kraju sporą szarą strefę i część zarejestrowanych faktycznie gdzieś pracuje, z drugiej jednak nawet najbardziej znani ekonomiści uważają GUS-owską statystykę w tej dziedzinie za mało wiarygodną. Zwłaszcza iż badania aktywności ekonomicznej Polaków, prowadzone przez sam GUS, wskazują, iż faktycznie nie pracuje więcej niż owe ok. 18% Polaków. Nie sądzę więc, aby każdy musiał znać bieżący wskaźnik inflacji czy bezrobocia. Wystarczy, że będzie wiedział, iż i to, i to spada - i będzie dobrze. Ale zapewniam, że żadna akcja edukacyjna nie doprowadzi do powszechnego przekonania, że np. hamowanie wzrostu gospodarczego w imię niższej inflacji jest dobre, bo prowadzi do stabilnego rozwoju w długim terminie. Albo że - o czym sam jestem przekonany - podatek liniowy jest lepszy od progresywnego. Bo nigdy nie będzie tak, iż na takich rozwiązaniach zyskają wszyscy - ktoś zawsze straci. A ten ktoś - mimo wszystko - umie liczyć własne pieniądze.