Sprawa podatków znowu wraca. I po raz kolejny od kilku lat mowa jest o uproszczeniu systemu. Na czym to miałoby polegać? Oczywiście - zero ulg, a potem może się pomyśli o redukcji stawek. Ale wszystko pod warunkiem, że zmiana będzie neutralna dla budżetu. Czyli fiskus dostanie swoje.
Hasło zmian podatkowych, które będą neutralne dla budżetu, wymyślił przed kilku laty Leszek Balcerowicz, wówczas minister finansów. Żeby była jasność - neutralne miały być tylko zmiany w podatku dochodowym, bo lista podwyżek podatków pośrednich, czyli VAT i akcyzy, była o wiele dłuższa niż zestaw likwidowanych ulg.
Pomysł redukcji ulg - już bez zapowiadania, że pójdą za tym obniżki stawek - odkopał potem Marek Belka, a teraz wraca do niego Grzegorz Kołodko. Jak widać, imponujące nazwiska znanych na świecie ekonomistów, którzy - z uporem godnym lepszej sprawy - zajmują się działaniami pozornymi.
Zyski z tych zmian - zyski budżetu, oczywiście - ograniczają się do oszczędności na druku PIT-ów. No i ewentualnie kosztów przelewów na rachunki podatników, którym trzeba pieniądze zwracać. Bo jeśli ktoś mi powie, że za tym pójdą redukcje liczby urzędników fiskusa, to mu nie uwierzę. W tym kraju urzędników się nie zwalnia.
Prawda jest taka, że obniżka podatków jest konieczna, ale jakoś żaden minister finansów nie powiedział, że proponuje obniżkę stawek VAT, które mamy na jednym z najwyższych poziomów w Europie. A czy redukcja stawki tego podatku z 22% do np. 18% nie byłaby obniżką podatków? Byłaby. Tylko nikt o tym nie mówi, bo tak naprawdę żadnemu z naszych ministrów finansów na rzeczywistej redukcji i na tym, żeby zostawić więcej pieniędzy w kieszeniach podatników, nie zależało i nie zależy.