Reklama

Działania pozorowane

Publikacja: 27.02.2003 09:09

Sprawa podatków znowu wraca. I po raz kolejny od kilku lat mowa jest o uproszczeniu systemu. Na czym to miałoby polegać? Oczywiście - zero ulg, a potem może się pomyśli o redukcji stawek. Ale wszystko pod warunkiem, że zmiana będzie neutralna dla budżetu. Czyli fiskus dostanie swoje.

Hasło zmian podatkowych, które będą neutralne dla budżetu, wymyślił przed kilku laty Leszek Balcerowicz, wówczas minister finansów. Żeby była jasność - neutralne miały być tylko zmiany w podatku dochodowym, bo lista podwyżek podatków pośrednich, czyli VAT i akcyzy, była o wiele dłuższa niż zestaw likwidowanych ulg.

Pomysł redukcji ulg - już bez zapowiadania, że pójdą za tym obniżki stawek - odkopał potem Marek Belka, a teraz wraca do niego Grzegorz Kołodko. Jak widać, imponujące nazwiska znanych na świecie ekonomistów, którzy - z uporem godnym lepszej sprawy - zajmują się działaniami pozornymi.

Zyski z tych zmian - zyski budżetu, oczywiście - ograniczają się do oszczędności na druku PIT-ów. No i ewentualnie kosztów przelewów na rachunki podatników, którym trzeba pieniądze zwracać. Bo jeśli ktoś mi powie, że za tym pójdą redukcje liczby urzędników fiskusa, to mu nie uwierzę. W tym kraju urzędników się nie zwalnia.

Prawda jest taka, że obniżka podatków jest konieczna, ale jakoś żaden minister finansów nie powiedział, że proponuje obniżkę stawek VAT, które mamy na jednym z najwyższych poziomów w Europie. A czy redukcja stawki tego podatku z 22% do np. 18% nie byłaby obniżką podatków? Byłaby. Tylko nikt o tym nie mówi, bo tak naprawdę żadnemu z naszych ministrów finansów na rzeczywistej redukcji i na tym, żeby zostawić więcej pieniędzy w kieszeniach podatników, nie zależało i nie zależy.

Reklama
Reklama

Wszyscy babrzą się w podatkach osobistych. Ale - jeszcze raz przypominam - tak, żeby podatnicy w sumie nie zarobili na tym ani grosza. Tymczasem jeśli ta obniżka ma przynieść jakiś skutek gospodarce, musi oznaczać zmniejszenie wpływów do budżetu, bo urzędnicy, zwłaszcza państwowi, gospodarują naszymi złotówkami o wiele gorzej niż my sami. A skoro budżet dostanie mniej, to trzeba albo obciąć wydatki, albo zdecydować się na większy deficyt budżetowy. Tak, jak to kiedyś zrobił Ronald Reagan, a obecnie robi to George Bush.

Wiem, że są tacy, którzy na słowo wzrost deficytu budżetowego dostają czkawki, ale rzecz jest całkiem prosta - po prostu państwo musi "zainwestować" w swoich obywateli. Tak samo jak sklepikarz, który kupuje samochód na kredyt, bo z rachunków mu wynika, że mu się to opłaci. Podobnie obniżka podatków za jakiś czas się zwróci - ludzie będą więcej zarabiać, a więc zapłacą większe podatki, będzie mniej bezrobotnych, co oznacza oszczędności budżetowe itd., itp., i w sumie państwu się to opłaci.

Problem polega jednak na tym, że takie jasne sprawy wydają się nie do pojęcia dla ludzi nami rządzących. Ktoś powie, że ministrowie finansów muszą dbać o budżet, a obecny deficyt budżetowy nie pozwala na jego dalsze zwiększanie. Pozwala za to na dokładanie miliardów złotych do kopalń, stoczni, hut i innych upadających firm. Jednak nawet wtedy, gdy deficyt budżetowy był niewielki, ministra finansów było stać tylko na wymyślenie hasła "zmiany w podatkach neutralne dla budżetu". Wkrótce potem nastąpiła zmiana na stanowisku ministra finansów. I tego też życzę i obecnemu szefowi resortu, i każdemu następnemu, który zamiast rzeczywiście dążyć do polepszenia doli podatników, będzie się zajmował jedynie robieniem im wody z mózgu.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama