Polski inwestor nie ma lekko. Nie dość, że na świecie polityczno--militarna zawierucha, większość gospodarek nie może wyleczyć kaca hossy, to jeszcze na polskiej scenie politycznej rozpad koalicji i dobijanie rynku podatkiem od giełdowych zysków. Zresztą i tak jakiekolwiek zyski na akcjach już w zarodku niweluje chaotyczne rozdawnictwo należących do Skarbu Państwa papierów.
Czy może być gorzej? Zawsze może, a że tak właśnie będzie w dłuższym terminie, nie mam wątpliwości. Krótkoterminowo jednak dochodzimy do momentu, gdy misie będą musiały zapewne trochę odpocząć. Patrząc bowiem na polityczny kalendarz, wydaje się, że rynki czeka jeszcze tylko jedna przecena, która będzie wynikiem sporu USA przeciwko ONZ. Samodzielne rozpoczęcie amerykańskiej wojny nie zostanie przez inwestorów dobrze przyjęte, a o tym, że konflikt jest nieuchronny, a ONZ go nie poprze, powinniśmy przekonać się już po dzisiejszym wystąpieniu Hansa Blixa. Jaka będzie reakcja na wojnę? Pisałem parę tygodni temu o kontraktach terminowych na usunięcie Saddama, którymi handluje jeden z irlandzkich bukmacherów. Dwóch profesorów ze Stanford przeanalizowało ich korelację z indeksem S&P500 i wniosek jest taki, że spadek w momencie wybuchu wojny wyniesie co najwyżej 5%.
Jeśli takie rozumowanie nie okaże się zbyt optymistyczne, to nasze kontrakty miałyby spore szanse na wzrost nawet do ostatnich lutowych szczytów. Zachowanie kontraktów można bowiem interpretować jako rysowanie klina zniżkującego i ewentualne przebicie linii trendu spadkowego będzie sygnałem kupna. Na koniec trzeba zacytować Komisję Europejską - "Te prognozy są obciążone niespotykanym stopniem niepewności związanej z obawami przed wojną na Bliskim Wschodzie".