Pojawiają się coraz to nowe projekty wykorzystania "cudownie odnalezionych środków". Prawie wszystkie propozycje budzą kontrowersję ze względu na dość fantazyjne źródło ich finansowania (trick księgowy). Często pojawia się argument, że byłby to zwykły dodruk pieniędzy, a co za tym idzie cała operacja nabrałaby inflacjogennego charakteru.
Wobec tej tezy wyprowadzono jednak kontrargument, że gdyby pieniądze uzyskane z rezerwy przeznaczyć na spłatę długu zagranicznego, to wyeksportowalibyśmy zarazem inflacyjne skutki tego przedsięwzięcia. Jako przykład podano Stany Zjednoczone, które po II wojnie światowej drukowały masowo dolary, ale ze względu na to, że ich strumień kierowany był na zewnątrz (np. plan Marshalla), to udało się uniknąć inflacji. Jakkolwiek trudno odmówić słuszności temu stwierdzeniu, to jednak doszukiwanie się analogii między USA w 1945 r. a Polską w 2003 r. wydaje się chybione.
Sytuacja wówczas wyglądała zdecydowanie inaczej. Rząd USA - zaangażowany zarówno politycznie, jak i ekonomicznie we wszystkich częściach globu - cierpiał na chroniczne deficyty, które pokrywał dodatkową emisją pieniądza. Kursujące po świecie dolary, chętnie przyjmowane ze względu na ich wymienialność na złoto (1947 r.), dość często kończyły swoją wędrówkę w skarbcach banków centralnych innych państw. Traktowane były jako pokrycie dodatkowej emisji walut narodowych. Ponieważ nic w przyrodzie nie ginie, a co najwyżej zmienia właściciela, tak stało się i tym razem. Inflacja zagościła w państwach - beneficjentach pomocy USA. Oczywiście, nasuwa się następujący wniosek, że USA przy okazji strzeliły sobie gola, gdyż występująca inflacja dała tamtym państwom premię eksportową, co psuło wyniki handlu zagranicznego USA. Nic bardziej mylnego. Obowiązujący od końca wojny system z Bretton Woods zakładał istnienie stałych kursów walut. Dzięki temu występowała wyłącznie wewnętrzna deprecjacja, o zewnętrznej (dającej premię eksportową) nie było mowy. Nic nie zaszkodziło ekspansji handlowej Ameryki.
Pisałem o odmienności sytuacji teraz i w latach 50. Nie chodziło mi wyłącznie o sztywne kursy, dysproporcje między znaczeniem gospodarczym Polski i USA itp. Największą uwagę zwróciłbym na rozbieżności w podejściu do reguł rządzących gospodarką. Wówczas po prostu umiejętnie wykorzystywano prawa ekonomii. W naszym kraju elity twierdzą, że prawa ekonomii nie są prawami przyrody, więc możemy je dowolnie modyfikować. Obawiam się, że z takim nastawieniem nawet najlepsze projekty ekonomiczne (chociaż za taki nie uważam rozwiązania rezerwy), wzorowane na najdoskonalszych przykładach, mogą zostać przez nas po prostu zepsute.