Gdy skończy się sesja na amerykańskim parkiecie, niemal każdy analityk będzie potrafił wytłumaczyć zachowanie rynku. Jeśli zaś którykolwiek dowiedziałby się, że USA nie zgłoszą drugiej rezolucji, to pół dnia zastanawiałby się nad reakcją rynku. Wczoraj okazało się, że zdjęcie tej dyplomatycznej niepewności wywołuje wzrosty (przynajmniej w czasie pisania tego tekstu). Oczywista reakcja? Nie do końca. Stawiam dolary przeciw orzechom, że na którejś z kolejnych sesji będzie panika, z powodu ataku na Irak bez mandatu ONZ.

Zamiast zastanawiać się nad reakcją na poszczególne wydarzenia, lepszym sposobem prognozowania ruchów rynku okazuje się wspominany tutaj często wskaźnik nastroju Marka Hulberta. Przed czwartkowym amerykańskim rekordowym wzrostem wartość wskaźnika osiągnęła poziom sygnalizujący ogromny pesymizm (-19,2). Pomimo późniejszego wyraźnego sygnału kupna, zarządzający dalej pozostali mocnymi pesymistami (-9,6) traktując wzrost jedynie w kategoriach "wyciskania krótkich". Podczas gdy każdy malutki wzrost był traktowany w USA zwykle jako dzień odwrotu, to odreagowanie na najwyższym w tym roku obrocie prawie nie wywołuje reakcji. Dziwne, a na efekty tego pesymizmu wystarczyło poczekać do wczorajszej amerykańskiej sesji.

Jakie może mieć to dla nas znaczenie? Nasz rynek nie przywykł, niestety, do reagowania na zachowanie amerykańskich indeksów, a jedynie na oczekiwania co do dalszych ruchów. Jak pokazał powyższy przykład, te obecnie najlepiej określać nie na podstawie politycznych wiadomości, ale na podstawie nastroju. Jeśli wzrost w USA utrzyma się do końca sesji, a większość (analogicznie do czwartku) stwierdzi, że to jedynie korekta, to choć przy wojnie bez mandatu ONZ wizje mam wręcz katastroficzne, można dalej zachować optymizm i wspinać się po ścianie strachu.