Wczorajsza sesja była związana właściwie tylko z jednym wydarzeniem. W nocy naszego czasu został oficjalnie rozpoczęty konflikt w Iraku. Nastąpiło w końcu to, co było od dłuższego czasu spodziewane. Targi dyplomatyczne nie przyniosły żadnego rozwiązania. Także ostatecznie ultimatum nie odniosło skutku. Saddam Hussejn nie zmienił swojego stanowiska, a właściwie należałoby powiedzieć, że nie opuścił swojego stanowiska.
Przez ostatnie miesiące ciągle słyszało się o tym, jak poważne mogą być skutki ewentualnej akcji zbrojnej. Dyskusje między zwolennikami a przeciwnikami działań militarnych trwały przez dłuższy czas, wprowadzając niepewność, gdyż ciągle nie udawało się wypracować wspólnego stanowiska. Groźba samodzielnej akcji Amerykanów stawała się coraz bardziej realna - rynki akcji straciły na wartości. Jednak, gdy już sama akcja zbrojna stała się niemal pewna, inwestorzy doszli do wniosku, że to już jest przez rynek zdyskontowane. Sam wybuch wojny nie miał już wpłynąć na ceny. Zaczęto "przewidywać", że konflikt nie będzie się przedłużać i zakończy się stosunkowo szybko. Skoro tak, to chyba warto kupić. Takie przeświadczenie stanowiło podstawę do ostatnich dynamicznych wzrostów.
Od wczoraj wojna stała się faktem i już nie nadzieje i przeświadczenia, ale fakty z frontu będą "ustawiać" ceny. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, co się może wydarzyć. Chodzi tu zarówno o sam Irak, jak i ewentualne akcje odwetowe w USA lub krajach sprzymierzonych. Nadzieje na szybki i bezbolesny konflikt wybija inwestorom z głowy sam G. Bush, który w swoim przemówieniu zasygnalizował, że sprawy nie pójdą tak łatwo. Czy zatem ostatni wzrost miał poważne podstawy? Można obawiać się, że jednak nie, a to rodzi oczekiwania.