Na wczorajszej sesji notowania na giełdzie w Budapeszcie wzrosły po raz siódmy z kolei. W tym czasie BUX zyskał 7%. Trend wzrostowy na tamtejszej giełdzie trwa od początku marca i przyniósł zwyżkę indeksu o 18%. Wartość wskaźnika jest najwyższa od czerwca zeszłego roku. Mimo że nie jest to jakieś szczególnie imponujące osiągnięcie, to jednak na naszym rynku tak zdecydowaną tendencję mieliśmy pod koniec zeszłego roku. Trudno zatem dziwić się, że zaczynamy z giełdą w Budapeszcie przegrywać także pod względem obrotów. Jak informuje na swoich stronach internetowych światowa organizacja giełd (World Federation of Exchanges), w trzech pierwszych miesiącach tego roku obroty węgierskimi akcjami na miejscowej giełdzie wyniosły 1,5 mld USD, podczas gdy w Warszawie tylko 1,3 mld USD. Wpływ na tę niekorzystną dla nas statystykę mają różnice kursowe. Przez pierwszy kwartał tego roku forint miał w miarę stabilny kurs w stosunku do dolara, podczas gdy złoty wyraźnie tracił na wartości.
Na początku nowego tygodnia notowań ważą się losy krótkoterminowych trendów na niektórych giełdach. Niemiecki DAX w dalszym ciągu zmaga się z granicą 3 tysięcy punktów. To istotna bariera, która w ostatnim czasie dwukrotnie zatrzymywała marsz wykresu na południe. Jeśli uda się ją przekroczyć, to otworem stanie droga do szczytów z listopada i grudnia zeszłego roku, znajdujących się na poziomie 3,4 tys. punktów.
Na amerykańskim rynku akcji zapaść powinny decyzje o dużo większym ciężarze gatunkowym. Po dwóch miesiącach wzrostów "pięćsetka" S&P dotarła do górnego ograniczenia średnioterminowego trendu bocznego (950 punktów na wykresie tygodniowym). Układ szczytów i dołków na wykresie jest taki, że niemal dokładnie na tym samym poziomie znajduje się długoterminowa linia trendu, biorąca początek we wrześniu 2000 roku. Dodatkowo w tych okolicach znajduje się linia szyi, kreślonej przez niektórych analityków, kilkuletniej formacji głowy z ramionami. Przekroczenie lub odbicie się od tej wartości będzie mieć przynajmniej kilkumiesięczne konsekwencje.