Mocnym środowym impulsem spekulacyjny popyt rozpoczął okres bezkarności, który potrwa aż do czerwcowego referendum. Wyciąganie polskiego rynku rozpoczęło się w najwcześniejszym możliwym momencie, czyli tuż po ostatnich wynikach spółek. Oczywiste jest, że wszelka argumentacja odnosząca się do dyskontowania teraz "dobrych" osiągnięć spółek, jest pozbawiona sensu, gdyż takie spekulacyjne zrywy (mniej lub bardziej udane) tuż po sezonie wyników, oglądaliśmy w czasie ostatnich dwunastu kwartałów bessy aż 11 razy. Niechlubnym wyjątkiem jest tutaj tylko pierwszy kwartał 2001 r.
Skąd teraz taki pośpiech i tak szybkie rozpoczęcie wzrostu? Pierwszym czynnikiem jest coraz mniej sesji pozostających do referendum, a drugim zapewne coraz bliższe szczyty indeksów na giełdach amerykańskich. Wprawdzie oglądane w tej chwili ignorowanie wszystkich złych wiadomości teoretycznie jest zapowiedzią dalszej hossy, to w ostatnich latach okazywało się jedynie chwilową naiwnością. Oczywiście, gdyby prognozowanie zachowania indeksów nie było obarczone możliwością błędu, to wszyscy bylibyśmy bardzo bogaci. Nie wypada jednak liczyć na trwałe pokonanie 965 pkt przez S&P500 bez głębszej korekty.
Podobnie nie wypada w tej chwili grać na naszym rynku przeciwko tak silnemu popytowi, jaki ujawnił się w środę. Jeśli rozpoczęty wzrost będzie mieć charakter podobny do poprzednich korekt bessy, to fundamenty spółek nie mają tutaj żadnego znaczenia, a praktycznie jedynym kryterium wyróżniającym spółki, jest ich płynność. Odpada więc argument przewartościowania firm, a dosłownie kilka największych funduszy może wykreować teraz dowolny obraz rynku. Można te wzrosty uważać za bezpodstawne, ale nie można oczekiwać, że po chwilowym ochłodzeniu obędzie się bez kontynuacji.