Jako, że kontrakty po środowym wyskoku zupełnie nie mogą znaleźć się w towarzystwie niezdecydowanych funduszy, to cała uwaga inwestorów skupia się teraz na giełdach zachodnich. Tam wczorajsza sesja z pewnością zadowoliła szerokie grono masochistów kupujących w zeszłym tygodniu akcje, czego dobrym powodem miały być fatalne amerykańskie dane (obniżki stóp) i załamanie dolara (korzystne dla eksporterów). Ta naiwność była wczoraj bardzo boleśnie weryfikowana. Nawet jeśli na rynek wkroczą teraz łapacze korekt, to wczorajsza przecena zachodnich indeksów potwierdza konieczność mocniejszego ochłodzenia rozpalonych głów. Warto przy tym zauważyć, że rynek przeżył mały dramat praktycznie bez żadnych nowych znaczących wiadomości, a to chyba najlepszy dowód na to, że ostatnie wzrosty trwały już jedynie z faktu dominujących trendów wzrostowych.
Skąd to przekonanie o dalszym spadku indeksów zachodnich? Argumentów nie zdążę wymienić, ale spójrzmy choćby na skalę optymizmu. W ostatniej ankiecie Investor's Intelligence liczba niedźwiedzi spadła do 23,9% i tak niskie wartości (ale nigdy przy tak wysokiej liczbie byków) podczas całej bessy mieliśmy tylko w styczniu 2002 r. i w lipcu 2001 r. Późniejsze tortury byków były bardzo wyszukane. Analogiczną euforię pokazują również wskaźniki oparte na rynku opcji, a można też zerknąć na wskaźnik nastroju obliczany przez Marka Hulberta na podstawie 160 biuletynów. Dla indeksu Nasdaq z przedwojennego skrajnego pesymizmu (-69,2) mamy euforyczne 61,5. Historia uczy, że także tym razem NIE "będzie inaczej", a tak obnażony optymizm zamiast światełkiem w tunelu, okaże się raz jeszcze pędzącym pociągiem. Nie znaczy to jednak wcale, że nasz rynek po koniecznym ochłodzeniu nie spróbuje kontynuować przedreferendalnych wzrostów.