Reklama

Między piramidą a kotłownią

Oszustwa inwestycyjne istnieją tak długo, jak długo działają giełdy papierów wartościowych. I mimo wszystkich działań podejmowanych przez władze regulacyjne ciągle znajdują się nowi naiwni, którzy dają się nabrać na miraż zrobienia szybkich pieniędzy. Ameryka - największy rynek kapitałowy świata - wciąż pozostaje rajem dla wielu oszustów.

Publikacja: 07.06.2003 09:36

Trudno dziś ocenić dokładne rozmiary inwestycyjnych przekrętów w USA. Dane na ten temat zbiera wiele instytucji. Obrót akcjami kontroluje federalna Komisja Papierów Wartościowych (SEC), założona w 1933 r. - w pięć lat po wielkim krachu na giełdzie. SEC zajmuje się wszystkim - od przedstawianych przez spółki publiczne naciąganych raportów, po skargi szarych inwestorów na swoich maklerów, winionych za giełdowe straty. O konieczności obrony przed oszustami wiedziano jednak jeszcze wcześniej. Pierwszą międzynarodową organizacją chroniącą inwestorów było założone w 1919 r. Północnoamerykańskie Towarzystwo Administratorów Papierów Wartościowych (NASAA).

Głównym zadaniem SEC jest zapewnienie inwestorom równego dostępu do informacji o papierach będących przedmiotem obrotu, oraz kontrola działalności firm maklerskich i inwestycyjnych. Większość federalnych ustaw dotyczących obrotu papierami została uchwalona w latach 1933-1940. Komisja otrzymuje rocznie tysiące listów z pytaniami i skargami. W roku finansowym 2002 (ostatnie dostępne dane) było ich dokładnie 82 337 - o 17% mniej niż rok wcześniej. Większość stanowiły skargi na nieuczciwych maklerów. Spora część tych zażaleń rozwiązywana jest polubownie, choćby w drodze arbitrażu, lub okazuje się pozbawiona podstaw prawnych. W wielu poważniejszych wypadkach kończy się też na zapłaceniu kary bez orzekania o winie. Tylko nieliczne sprawy kierowane są przez SEC do sądu, najczęściej z powództwa cywilnego.

Nie tylko SEC czuwa

Ale ściganiem inwestycyjnych przestępstw nie zajmuje się wyłącznie federalna SEC. Podobne ciała, nadzorujące obrót papierami wartościowymi działają także na szczeblu stanowym. Z oszustami walczą także miejscowe organy ścigania, Federalne Biuro Śledcze czy Federalna Komisja Komunikacji (FCC) i federalna Komisja Handlu (FTC). Warto przypomnieć, że słynną sprawę konfliktu interesów wśród analityków wielkich banków inwestycyjnych rozdmuchała nie SEC, ale ambitny prokurator stanowy z Nowego Jorku - Eliot Spitzer.

SEC wzięła na siebie ciężar ostrzegania przed oszustami inwestycyjnymi. Ostrożny inwestor, poszukujący dobrej lokaty swoich pieniędzy, zawsze ma możliwość sprawdzenia w Federalnej Komisji Papierów Wartościowych lub w narodowym stowarzyszeniu maklerów papierów wartościowych (National Association of Securities Dealers) statusu danej firmy. Zdaniem SEC, inwestorzy nigdy nie powinni podejmować decyzji, bazując wyłącznie na informacjach z jednego (i to często niesprawdzonego) źródła. Istnieje jednak wiele pułapek, których trudno się ustrzec.

Reklama
Reklama

Miraż day-trading

"Zarabiaj w domowym zaciszu", czyli z ang. "Get rich day trading" - to slogany, pod jakimi jeszcze kilkanaście miesięcy temu reklamowało się wiele małych firm maklerskich, oferujących inwestorom niemal bezpośredni dostęp do operacji giełdowych. W okresie internetowej hossy na rynkach operowały codziennie miliony osób. Zamykane tego samego dnia operacje stanowiły po kilkanaście procent dziennych obrotów na rynku nowoczesnych technologii - Nasdaq. Wielu drobnych inwestorów uprawiało day-trading, otwierając i zamykając pozycje tego samego dnia. Aby dostać się na rynek, przechodzili często kursy specjalistyczne, płacąc po kilka tysięcy dolarów. Przekręt polegał na tym, że nikt nie uprzedzał potencjalnych milionerów, że statystycznie 90% day-traderów traciło pieniądze na przeprowadzanych operacjach.

Szaleństwo day-trading przycichło w okresie wielkiej potechnologicznej bessy, ale wciąż znajdują się zwolennicy giełdowego hazardu, którzy przepuszczają na dziennych operacjach cały swój majątek.Kotłownia, czyli

pump and dump

Najczęściej spotykanym schematem giełdowego oszustwa jest wciąż tzw. "kotłownia". Proceder polega na naciągnięciu jak największej liczby ludzi na zakup bezwartościowych akcji. Po wyśrubowaniu popytu i zarazem kursu wystarczy spokojnie zgarnąć zyski i zniknąć. Dawniej tego rodzaju operacje przeprowadzano za pomocą telefonu. Dziś oszuści znaleźli sobie inne znakomite narzędzie - internet, do którego dostęp mają miliony Amerykanów.

Najczęściej jako instrument oszustwa służą tak zwane akcje groszowe (penny stocks), wartości od kilku centów do pięciu dolarów. Ponieważ najczęściej wypuszczane są one przez małe przedsiębiorstwa z niewielką liczbą akcji, ich kursy łatwo wywindować w górę. Na komputerowych "investor forums" - miejscach, w których użytkownicy internetu wymieniają między sobą informacje - pojawiają się także "poufne" informacje o akcjach. W ten sposób realizuje się schemat "pump and dump" (napompuj i sprzedaj). Gdy cena akcji osiągnęła odpowiednie "przebicie" wystarczyło upłynnić posiadane papiery. Klasycznym przykładem tego rodzaju operacji była afera sprzed kilku lat ze spółką Genesis Insurance and Financial Services z Tennessee. Firma miała być holdingiem trudniącym się przede wszystkim nabywaniem obiecujących przedsiębiorstw.

Reklama
Reklama

Pierwszy "wzlot" notowań akcji nastąpił na początku 1996 r. - z 80 centów na... 6 dolarów! Co było przyczyną takiej zwyżki kursu? Genesis pojawiła się wówczas na jednym z komputerowych forów inwestycyjnych z informacjami o atrakcyjnych fuzjach. Sukces Genesis zauważyły "Business Week" oraz "New York Post", i kursy dalej rosły. Potem przyszło otrzeźwienie i akcje notowano już tylko po 75 centów za sztukę.

Wystarczyło jednak trochę kolejnych optymistycznych informacji w internecie, by kurs akcji znowu skoczył do 3,5 dolara. Początek końca nastąpił, gdy władze Tennessee bliżej przyjrzały się firmie, a prawdziwym gwoździem do trumny było ujawnienie 18 kwietnia 1997 r. kryminalnej przeszłości prezesa firmy, 34-letniego Mohameda Khairy Mohameda Zayeda, skazanego kilka lat wcześniej za fałszerstwa. W chwili gdy SEC wycofywała Genesis z giełdy, akcje sprzedawano po 51 centów. Okres internetowej hossy przyniósł wiele podobnych afer.

W schemacie "kotłowni" najbardziej bulwersująca jest niewspółmierność wysokości zysków nieuczciwych naciągaczy w stosunku do strat inwestorów. Ci pierwsi zarabiają najczęściej tylko na posiadanych przez siebie akcjach. Gdy dwa lata temu SEC wytoczyła zarzuty przeciwko 33 spółkom i osobom indywidualnym o manipulowanie kursami giełdowymi za pomocą internetu, osiągnięte nielegalnie zyski oszacowano na 10 mld USD. Wartość "napompowanych" 70 spółek zawyżono sztucznie o 1,7 mld USD.

Bardziej umiarkowana forma "kotłowni" nazywana scalpingiem polega na upychaniu przewartościowanych akcji wszystkim chętnym, po krótkotrwałym wymanipulowaniu zwyżki kursowej.

Na promotora

Proceder polegający na znajdowaniu przez spółki, najczęściej małej lub średniej wielkości, innej firmy, która byłaby w stanie "wypromować" daną korporację na giełdzie. Najczęściej promotorem zostaje dom maklerski, mogą to jednak być wydawcy publikacji finansowych czy firmy doradcze. W zamian za usługę promotorzy otrzymują pakiety akcji i w ten sposób wszyscy są zainteresowani windowaniem kursów. A przy mniejszych spółkach i płytkim rynku wystarczy tylko nieznaczny wzrost zainteresowania na parkietach, aby cena akcji poszła w górę. Proceder jest oczywiście zakazany, ale trudny do wykrycia, i SEC ma nie lada kłopoty ze ściganiem tego rodzaju wykroczeń.

Reklama
Reklama

Odmianą przekrętu "na promotora" tylko na dużo większą skalę były niedawno wykryte afery związane z konfliktem interesów wśród analityków. Eksperci kilku domów maklerskich wydawali bowiem w latach technologicznej hossy rekomendacje pod dyktando działów inwestycyjnych swoich firm. Najwięcej grzechów na swym koncie miały Salomon Smith Barney, będący częścią Citigroup, Merrill Lynch oraz Credit Suisse First Boston. Będzie to kosztować Wall Street łącznie 1,4 mld USD - tyle będzie trzeba zapłacić SEC oraz na uruchomienie niezależnej firmy analitycznej.

W wyniku afery SEC zobowiązała analityków do potwierdzania własnym podpisem prawdziwości publikowanych raportów i ujawnienia jakichkolwiek rekompensat finansowych, otrzymanych w związku z wydawaną rekomendacją. W ten sposób inwestor będzie miał pełną wiedzę na temat źródła, sumy oraz powodów, dla których analityk lub jego dom maklerski przyjął pieniądze za przeprowadzone studium.

Ostatnia, bardziej łagodna afera dotyczy domu Bear Stearns oraz firmy zajmującej się obsługą transakcji na kartach kredytowych iPayment Inc. Analityk James Kissane z działu usług komputerowych pojawił się bowiem na taśmie wideo promującej IPO i udzielał wypowiedzi razem z dyrektorami iPayment. Zachwalał przy tym zakup akcji komputerowej spółki jako "dobrą inwestycję".

Nieinformowanie inwestorów o pieniądzach otrzymywanych przez analityków czy całe firmy od sponsorów, w zamian za rekomendowanie zakupu akcji, jest ostatnio szczególnie ostro ścigane przez SEC.

Insider trading

Reklama
Reklama

To już klasyka. Przecieki na giełdach zdarzały się i zdarzają od zawsze. W marcu Komisja Papierów Wartościowych zamknęła w Nowym Jorku ważny proces o nadużycia giełdowe. 800 tys. USD grzywny i zakaz pełnienia funkcji kierowniczych w spółkach publicznych - to kara, jaką zapłacił Samuel Waksal, założyciel amerykańskiej spółki farmaceutycznej ImClone. Zawarta z SEC ugoda była konsekwencją skandalu związanego z obrotami akcjami tej spółki. Waksal był podejrzewany o próbę sprzedaży udziałów we własnej firmie przed upowszechnieniem informacji o odrzuceniu rządowej licencji na nowy preparat antyrakowy. O decyzji władz powiadomił także swoich krewnych i znajomych, którzy spieniężyli z zyskiem akcje ImClone, zanim spadły kursy. Skandal stał się głośny, bo jedną z podejrzanych o sprzedaż udziałów jest słynna gwiazda telewizyjna Martha Stewart. Ta ostatnia wciąż oczekuje na zakończenie swojej sprawy. Podczas procesu cywilnego Waksal przyznał się do przestępstw giełdowych, oszustwa bankowego oraz utrudniania śledztwa. I do końca życia nie będzie mógł pełnić funkcji w spółkach publicznych.

Wpuszczanie informacji

na rybkę

Korzystanie z internetowych czatów i porad inwestycyjnych od innych graczy ma swoje dobre i złe strony. SEC otwarcie ostrzega przed pozornie "niezależnymi" witrynami inwestycyjnymi, w rzeczywistości promującymi określone spółki. Istnieją też bardziej groźne odmiany oszustwa. Wpuszczenie do sieciowego obiegu niesprawdzonej informacji potrafi wywołać prawdziwy efekt domina. Jeśli informacja jest dobra oszust zarabia na normalnej sprzedaży posiadanych przez siebie akcji. Jeśli jest zła i powoduje spadek kursu spółki - autor przekrętu pozbywa się walorów "na krótko", także na tym zyskując.

Gary Dale Hoke potrafił podszyć się nawet pod serwis Bloomberga i wpuścić za pomocą Yahoo informację o tym, że produkująca sprzęt telekomunikacyjny spółka PairGain Technologies ma być przejęta przez izraelską korporację za podwójną cenę rynkową. W wyniku tej publikacji cena PairGain wzrosła natychmiast o 31%. Zanim opublikowano dementi i kurs wrócił do poprzedniego poziomu, Hoke zdołał pozbyć się swoich akcji. Gdy SEC zainteresowała się sprawą, było to jedno z największych nadużyć finansowych dokonanych za pośrednictwem internetu. Okazało się, że wykrycie autora "raportów" i sprawdzenie serwerów to kwestia kilku dni.

Reklama
Reklama

Trudniej jest jednak wykryć autorów tzw. "spamu", czyli masowego rozsyłania niechcianej poczty elektronicznej. Wśród e-maili statystyczny Amerykanin otrzymuje niemal codziennie propozycję "intratnej" inwestycji, która nie jest niczym innym jak naciąganiem naiwnych.

Inwestycja "bez ryzyka"

SEC zwraca baczną uwagę na oferty "bezpiecznych" inwestycji czy lokat, które pojawiły się w ostatnim okresie, gdy rynki zniżkowały. Wielu inwestorów chwytało się tych ofert, chcąc odbić sobie giełdowe porażki. "Często oferowany produkt finansowy wręcz nie istnieje" - ostrzega SEC. Inną czerwoną flagą jest obietnica "gwarantowanych" zwrotów. Część ofert obejmuje inwestycje zagraniczne, gdzie nie sięga już amerykańska jurysdykcja. Niektóre oferty już z góry wydają się zbyt piękne, aby były prawdziwe, ale wciąż znajdują się naiwni, którzy dają się na nie nabierać. Kilka przykładów: w Pensylwanii miejscowa Komisja Papierów Wartościowych ścigała firmę Global Financial alias American Benefits Consultants, która sprzedawała "komercyjne weksle dłużne", służące do finansowania takich inwestycji zagranicznych, jak supernowoczesne ośrodki zdrowia na Węgrzech, oczyszczalnie wody w Zairze i drogi w Bośni. Jeden udział w wysokości 25 tys. USD miał dawać rocznie 10% zysku. Żadne z wyżej wymienionych przedsięwzięć nie ujrzało światła dziennego.

W Massachusetts miejscowy Oddział ds. Papierów Wartościowych wytoczył śledztwo przeciwko firmie EZ-Score, która rzekomo produkowała urządzenia treningowe dla koszykarzy. Inwestorzy, którzy wyłożyli po 6 tys. USD mieli prawo do 600 akcji przedsiębiorstwa oraz powinni otrzymywać po 8% od włożonego kapitału rocznie. Po trzech latach ci, którzy złożyli skargę do władz stanowych, nie otrzymali ani grosza, a prezes firmy przestał odpowiadać na telefony.

Według FTC, dwie firmy z Sherman Oaks w Kalifornii oferowały inwestorom przebicie 10:1 (!) podczas sprzedaży niezarejestrowanych akcji, w celu ponownego otwarcia... kopalni złota w Kolorado. Uzbierały w ten sposób prawie 2 mln USD - po 15 tys. USD od inwestora. Naiwni klienci dowiadywali się, że odkrycie złoży cennego kruszcu zostało potwierdzone przez władze federalne, a przejęciem interesu są zainteresowane takie kolosy, jak Exxon i Mitsubishi.

Reklama
Reklama

Nic więc dziwnego, że władze federalne przestrzegają przed zakupem niezarejestrowanych akcji, czy udziałów w podejrzanych spółkach. Zalecają też ostrożność, jeśli oferty wyglądają zbyt pięknie, aby były prawdziwe. Podejrzane też są wszystkie oferty oparte na "przeciekach". Obrót akcjami w USA musi być jawny i tego rodzaju propozycje są zwykłym oszustwem ściganym przez FBI i departament śledczy SEC.

Nie należy także ufać ponagleniom inwestorów w rodzaju: "Do sprzedaży zostało już tylko kilka udziałów i należy podjąć decyzję natychmiast" - przestrzega SEC. Sygnałem ostrzegawczym dla amerykańskiego inwestora jest także zgłoszenie się po czek przedstawiciela firmy kurierskiej. W USA kary więzienia za wykorzystywanie poczty do działalności przestępczej (mail fraud) są bardzo wysokie i jeżeli ktoś z niej nie korzysta, może mieć coś na sumieniu.

Na piramidę

Najbardziej znanym i jednym z najstarszych sposobów oszukiwania inwestorów jest tzw. piramida, czyli tzw. afera Ponzi'ego, gdzie wkłady nowych inwestorów służą spłacaniu starszych inwestorów. Program taki załamuje się, gdy zabraknie nowych naiwnych. Twórcą owego planu był Carlo Ponzi, który działał w Bostonie we wczesnych latach dwudziestych XX wieku. Namówił on ponad 20 tys. inwestorów na przekazanie mu 10 mln (ówczesnych!) dolarów, zanim sprawa się wydała i oszust powędrował do więzienia.

Amatorom piramidy internet stwarza nieograniczone możliwości - za jednym uderzeniem klawisza można dotrzeć do tysięcy potencjalnych klientów. Nic więc dziwnego, że w komputerowej sieci pojawiają się takie oferty, jak: "z wkładem 5 USD - zarób 60 tys. w ciągu 6 tygodni". Stosowanie schematu piramidy jest w USA nielegalne.

Z piramidą związana jest także polska afera inwestycyjna na amerykańskim rynku. Autorami jej byli ojciec i syn: Eugeniusz i Eugeniusz jr. Karczewscy, którzy na przełomie lat 80. i 90. nabrali ok. 1200 imigrantów, przeważnie ze wschodniej Europy, na sumę 34 mln USD. Zaczęli swoją działalność jako właściciele firmy hipotecznej, Stockbridge Funding Corporation - banku hipotecznego, jak woleli ją nazywać. Gwarantowali 13%, a potem 14% od wkładów inwestorów i zabezpieczali je rzekomo hipotekami. Gdy rynek nieruchomości w USA nagle załamał się, Stockbridge Funding musiał uciec się do schematu Ponziego. Mimo intensywnej reklamy w polonijnych środkach przekazu jesienią 1990 r. wkłady nowych inwestorów nie starczyły na spłaty odsetek ani na zwrot kapitału wycofującym się klientom. Ojciec i syn dostali odpowiednio 5 i 3 lata więzienia.

Przytoczone powyżej przykłady są raczej dowodem na "głębokość" amerykańskiego rynku niż na rzeczywiste zagrożenie ze strony inwestycyjnych oszustów. Mimo wszystkich skarg, a może właśnie dzięki nim, Wall Street wytworzyła mechanizmy chroniące dość dobrze rynek obrotu papierami wartościowymi. Na giełdzie inwestują dziś miliony ludzi. I to mimo bolesnych doświadczeń z ostatnich lat.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama