Filarem nowej strategii premiera jest założenie, że sytuacja ekonomiczna wreszcie się poprawi, a on będzie ojcem sukcesu. Ponieważ samą propagandą już się wyżywić narodu nie da, potrzebne są igrzyska i ofiara. Został nią minister finansów Grzegorz Kołodko, który uparcie przekonywał, że jego Program Naprawy Finansów Rzeczypospolitej posłuży wzrostowi gospodarczemu i zmniejszeniu deficytu budżetowego. Przedstawione we wtorek założenia makroekonomiczne do budżetu na 2004 r. są nie tylko mało wiarygodne, ale dokonując bezprecedensowych zmian w zasadach księgowości budżetowej ostatecznie pogrzebały deklaracje redukcji deficytu budżetowego. Minister Kołodko również niepotrzebnie zarzekał się, że podatku liniowego w Polsce nigdy nie będzie, a wydaje się, że jest to drugi punkt igrzysk ekonomicznych premiera Millera i gest dobrej woli w stronę opozycji oraz pracodawców.
Trzeci punkt igrzysk Millera był również nie do zaakceptowania przez ministra Kołodkę, ale niesie też znacznie poważniejsze konsekwencje. Degradacja Ministerstwa Finansów do roli księgowego środków z UE i zależnego od superministerstwa "gospodarki, pracy, opieki socjalnej i wzrostu gospodarczego" a ministra finansów do roli podwładnego ministrowi gospodarki wskazuje na zamiar powrotu do czasów Gosplanu, albo przynajmniej do czasów sprzed transformacji 1989 r. Model taki funkcjonował też w większości krajów d. ZSRR, ale zużył się w okresie kryzysu rosyjskiego 1998 r. Minister Kołodko, słusznie zresztą nie byłby w stanie wykonywać pomysłów ortodoksyjnego keynesisty ministra Hausnera, który przedkłada wzrost gospodarczy nad równowagę makroekonomiczną. Wzrost gospodarczy staje się więc religią premiera Millera i ma być wyznawany przez wszystkich ministrów bez wyjątku. Grzegorz Kołodko, pamiętający lekcję z czasów swojego poprzedniego urzędowania na stanowisku ministra finansów, który rozpędził konsumpcję i inwestycje do krawędzi kryzysu walutowego, nie wydawał się zbyt chętny do powtórnego nawrócenia na niezrównoważony wzrost gospodarczy. Na koniec, minister Kołodko nie jest już potrzebny w roli "straszaka" na RPP, która po zmianie całego składu z początkiem 2004 r. bezwolnie wykona polecenie dodrukowania pustego pieniądza (eufemistycznie określanego jako wykorzystanie rezerwy rewaluacyjnej).
Wstąpienie Polski do UE daje wiele korzyści, również statystycznych. Zmiana sposobu liczenia deficytu budżetowego i długu publicznego według ESA95 spowoduje znaczący spadek tych wskaźników, co kuriozalnie zwiększa pole manewru w polityce fiskalnej. Nie jest to zresztą nic nowego, gdyż obecne kraje sukcesu, jak Irlandia czy Hiszpania przez 8-12 lat po wstąpieniu do UE pod rządami socjalistów błądziły po lewicowym keynesizmie (wysokie deficyty budżetowe, bezrobocie i inflacja oraz niski wzrost gospodarczy). Dopiero zmiany polityczne w Irlandii z początkiem lat 80., a w Hiszpanii w połowie lat 90. wraz z realizacją spójnego programu reform gospodarczych, w tym reformy finansów publicznych zorientowanej na szybkie zbilansowanie budżetów, dały efekt w postaci wzrostu gospodarczego. Wygląda więc na to, że jeszcze kilka lat poczekamy i miejmy nadzieję, że po drodze do euro nie przytrafi się nam kryzys walutowy analogiczny do tego z lat 1992-93. Tylko dlaczego wciąż musimy się uczyć na własnych błędach?