Sprawa kary, jaką ma zapłacić Exxon Mobil, wraca po raz drugi w ciągu minionych dwóch lat do sądu niższej instancji w Anchorage na Alasce, ale już dziś wiadomo, że suma, jaką zapłaci koncern, będzie stanowić zaledwie ułamek zasądzonej wcześniej kwoty. Sąd apelacyjny w San Francisco powołał się w uzasadnieniu na jedno z niedawnych orzeczeń Sądu Najwyższego w Waszyngtonie, które wyraźnie ograniczyło możliwość nakładania kary grzywny. Według sądu najwyższej instancji, nie powinna ona przekraczać sumy rzeczywistych szkód, czyli w przypadku katastrofy tankowca Exxon Valdez - 287 mln USD. Exxon Mobil, powołując się na jeden z precedensów sądowych, jest jednak skłonny zapłacić jedynie 25 mln USD. Kara grzywny (punitive damages) ma na celu ukaranie pozwanego i zapobiegnięcie podobnym szkodom w przyszłości.
Wyrok w pierwszej instancji zapadł jeszcze w 1994 r. - pięć lat po wypadku, który spowodował katastrofę ekologiczną u wybrzeży Zatoki Księcia Williama na Alasce. Exxon płacił do tego czasu mieszkańcom Alaski regularne odszkodowania (około 300 mln USD) i od samego początku walczył o obniżenie 5-miliardowej kary. W grudniu ubiegłego roku, po kolejnych apelacjach, koncernowi udało się zmniejszyć grzywnę do 4 mld USD. Dopiero jednak ostatnie orzeczenie sądu apelacyjnego w San Francisco przyniosło adwokatom Exxon Mobil prawdziwy sukces. Jednak prawnicy strony występującej o odszkodowanie, reprezentujący około 32 tysiące osób, głównie rybaków i przedstawicieli drobnego biznesu z Alaski, także nie składają broni. Ich adwokat Dave Oesting powiedział dziennikarzom, że w orzeczeniach Sądu Najwyższego nie ma nic, co mogłoby uzasadniać drastyczne obniżenie grzywny i zapowiedział walkę o pełne odszkodowanie zasądzone w pierwszej instancji. Wynik sądowej batalii jest więc ciągle niewiadomą, choć szala przechyliła się wyraźnie na korzyść Exxon Mobil. W 14 lat po katastrofie można być pewnym tylko jednego - sprawa będzie się ciągnąć jeszcze przez kilka kolejnych lat.