Rok 2004 będzie trudny. Skutki zmiksowania niektórych składników ekonomiczno-politycznych wydają się wiadome, wpływ innych albo jest niezauważany albo niedoceniany. W efekcie, niezmiernie trudno jest przewidzieć, czy rządowy koktajl polityki gospodarczej na 2004 r. będzie kolejnym cienkim aperitifem, czy też prawdziwą mieszanką wybuchową.
Wobec perspektywy wyborów parlamentarnych wiosną, a prezydenckich jesienią 2005 r., rok 2004 jest już rokiem wyborczym. Rozpocznie go wymiana składu całej RPP. "Gołębi" charakter nowej Rady nie budzi wątpliwości. Dalsze luzowanie polityki monetarnej przez cięcia stóp procentowych, obniżanie rezerw obowiązkowych czy ekstremalne wykorzystanie rezerwy rewaluacyjnej (dodruk pustego pieniądza) jest raczej pewne. Zapędy nowych członków Rady mogłoby powstrzymać jedynie odbicie inflacji powyżej 2%, co jest na razie mało prawdopodobne.
Drugim składnikiem koktajlu będzie mętna polityka fiskalna. Sztuka prezentowania we wrześniu budżetu będzie polegać na zacieraniu wrażenia eksplozji wydatków budżetowych w roku wyborczym i oswajaniu rynków finansowych z faktycznym poziomem deficytu (od 6% PKB w górę). Nie uda się, niestety, dokonać zmian w systemie podatkowym na miarę partyjnych deklaracji premiera Millera. Samo obniżenie stawki podatku CIT do 19%, choć znaczące, nie jest konkurencyjne w stosunku do innych krajów regionu ani nie spowoduje znaczącego wzrostu inwestycji przedsiębiorstw. Tak więc rząd poszukując politycznego poparcia z premedytacją "uległ" wpływowemu lobby największych przedsiębiorców. Poszukiwanie politycznego poparcia jest najbardziej widoczne w niechęci rządu SLD--UP do objęcia podatkami rolników i latyfundystów - grupy, która jako jedyna zyska na przystąpieniu Polski do UE i to już od pierwszego roku członkostwa.
Dostępne informacje pozwalają na dokładniejsze szacunki kosztów finansowych integracji Polski z UE w pierwszych latach członkostwa. Wcześniej wiadomo było tylko tyle, że skutki finansowe akcesji dla budżetu centralnego będą zawsze negatywne, ale dla całej Polski zrekompensowane zostaną transferami do sektora produkcyjnego (w tym rolnictwa) i samorządów. Okazuje się jednak, że dopiero wykorzystanie 50% funduszy unijnych będzie neutralne finansowo dla Polski. Opóźnienia w spełnianiu wymogów UE (na przykład sprawne działanie systemu IACS) powodować będą, że środki na prefinansowanie z budżetu centralnego w 2004 r. mogą nie zostać zwrócone Polsce w 2005 r. Jednak jeszcze większą trudność może napotkać uplasowanie na rynku krajowym olbrzymiej podaży papierów skarbowych w sytuacji "górki" w spłatach zadłużenia krajowego, zagranicznego oraz bieżących potrzeb pożyczkowych budżetu i sekurytyzacji różnych zobowiązań (np. ZUS wobec OFE). W 2004 r. przekroczony prawdopodobnie zostanie drugi próg ostrożnościowy (dług publiczny powyżej 55% PKB), a ewentualna korekta kursu złotego o nie więcej niż 15% spowoduje, że skokowo zostanie przekroczony próg 60% długu do PKB. Scenariusz kryzysu walutowego i finansowego będzie gotowy.
Ostatnią linią oporu rządu pozostają w tej sytuacji dobre wskaźniki makroekonomiczne i zaufanie inwestorów zagranicznych. Jeśli jednak wzrost PKB będzie wyższy od konsensusu rynkowego, a polityka fiskalna (co pewne) i monetarna (co wysoce prawdopodobne) będą dalej luzowane, to najpierw inwestorzy zagraniczni, a następnie krajowi zaczną żądać wyższej rentowności, a niektórzy wycofywać się z Polski, osłabiając złotego, co tym razem będzie musiało spotkać się z reakcją NBP. Na razie rezerwy walutowe banku centralnego są znaczne, ale niewystarczające, bo przecież już w tym roku zostaną częściowo (jakieś 3-4 mld euro) wykorzystane na spłatę zadłużenia zagranicznego, a do 2007 r. zapada 20 mld euro kapitału i odsetek. Rządowa propaganda wzrostu gospodarczego powyżej oczekiwań rynkowych wraz ze starym koktajlem polityki gospodarczej może więc nie tyle zawrócić w głowie, ile wywołać potężny pożar.