Ekonomiści spierają się, który rok będzie kluczowy dla realizacji programu redukowania wydatków publicznych. Czy będzie to przyszły rok, czy może 2005 r., a może następne. Tymczasem kluczowe będą najbliższe tygodnie. Przyszłość programu ministra Jerzego Hausnera i całego rządu Leszka Millera zależy od tego, czy autorom strategii uda się przekonać najpierw związkowców, a potem posłów, że zgoda na ograniczenie hojności państwowej kasy leży w interesie wszystkich. W państwie, w którym nadal często prawa ekonomii przegrywają z racjami politycznymi, jest to bardzo trudne zadanie.

Rząd wykonał pierwszy krok, mały krok. W końcu programów naprawczych i politycznych deklaracji było w ostatnich latach co nie miara. Każdy rząd mówił o nieuchronności reformy finansów publicznych. Ale tylko deklarował. Minister Hausner zebrał w jeden dokument część propozycji, które ekonomiści i przedsiębiorcy zgłaszali od dłuższego czasu. Tyle i aż tyle. Wystarczyło, aby natychmiast pojawiły się głosy sprzeciwu. Jednym z pierwszych był wicepremier Marek Pol, który występując przed kamerami jako przewodniczący Unii Pracy (dla przypomnienia: jest to partia będąca w koalicji z SLD, współtworząca rząd), stwierdził, że jego ugrupowanie nie poprze programu, który będzie realizowany kosztem najuboższych. Za chwilę odezwą się rolnicy, nauczyciele, lekarze i pielęgniarki, górnicy... (listę można ciągnąć w nieskończoność) i wszyscy zgodnie stwierdzą: reforma jest potrzebna, ale nie może ona być realizowana naszym kosztem. Premier Miller i minister Hausner stają przed podobnym dylematem jak jeden z poprzedników (było to w czasach gospodarki planowej), który wysłuchawszy opinii ekonomistów na temat tego, co trzeba zmienić w gospodarce, mówił, że to, co oni mówią jest słuszne, "ale co na to powie klasa robotnicza". Należy tylko żywić nadzieję, że obecny rząd nie myśli o reelekcji, tylko o uchronieniu państwa przed katastrofą.

Tymczasem odpowiedź na pytanie: kto zapłaci za uzdrowienie państwowej kasy, zawarta jest w jednej z reklam: "pan zapłaci, pani zapłaci i pani zapłaci". Zapłacimy wszyscy. I o tym będzie najtrudniej przekonać działaczy związkowych i posłów, nie tylko opozycyjnych (prawie niemożliwe), ale także tych z własnego ugrupowania. Zanim posłowie powiedzą "tak", a rząd zacznie realizować strategię ministra gospodarki, czeka nas jeszcze kilka ulicznych kryteriów i ataków niezadowolonych i zdesperowanych ludzi na strategiczne obiekty polskiej gospodarki: Ministerstwo Finansów, Ministerstwo Gospodarki, Pracy i Polityki Społecznej, Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, Sejm. Jeszcze wielokrotnie usłyszymy, że "Balcerowicz musi odejść".

Czego można życzyć wicepremierowi? Przede wszystkim determinacji i konsekwencji. Aby za kilka tygodni nie okazało się, że jego program jest zbiorem pobożnych życzeń i kolejną straconą szansą naszej gospodarki. Było kilku zdeterminowanych polityków, którzy dali sobie radę z angielskimi górnikami, i amerykańskimi kontrolerami lotów. Może warto powrócić do sprawdzonych wzorów.