Zmiany w strukturze zarządu NYSE zaproponował na początku listopada tymczasowy prezes giełdy John Reed. Obejmują one m.in. powołanie nowej, mniejszej rady dyrektorów. Zamiast 27 dotychczasowych członków zarządu Reed chce powołać tylko 8 osób. Osobne gremium ma się natomiast zajmować wewnętrzną regulacją rynku kapitałowego.
Wśród nominowanych do zarządu znalazły się zaledwie dwie osoby wciąż pracujące w sektorze finansowym: Herbert Allison, prezes wielkiego funduszu emerytalnego TIAA-CREF, oraz James McDonald, dyrektor Rockefeller &Co., spółki zarządzającej finansami słynnej rodziny Rockefellerów. Pozostali kandydaci są bądź luźniej związani ze światem finansów (jak Madeleine Albright, była sekretarz stanu), bądź są byłymi szefami spółek inwestycyjnych i innych wielkich korporacji.
Według Harveya Goldschmida, reprezentującego w SEC partię demokratyczną, dotychczasowy plan reform jest pierwszym krokiem w nowym kierunku, ale nie stanowi gwarancji uniknięcia w przyszłości konfliktu interesów w organach nadzorujących funkcjonowanie NYSE. Goldschmid zapowiada bardzo dokładną analizę wszystkich reform, które nie powinny zatrzymywać się w pół drogi.
Podobne stanowisko wyraża kontroler finansów publicznych stanu Nowy Jork Alan Hevesi. Jego zdaniem, wciąż nie ma gwarancji, czy ośmioosobowe gremium będzie we właściwy sposób reprezentowało interesy inwestorów.
Największe zastrzeżenia budzi mechanizm powoływania członków rady, która ma się zajmować samoregulacją największego rynku kapitałowego na świecie. Tu pole dla potencjalnego konfliktu interesów jest bowiem największe. 20-osobowy panel, kierujący bezpośrednio operacjami giełdy, ma zostać utworzony przez nowy ośmioosobowy zarząd. W jego skład mają wejść przedstawiciele wielkich firm inwestycyjnych, spółek prowadzących operacje na parkiecie oraz "niezależni" członkowie, reprezentujący inwestorów i wielkie fundusze emerytalne.