W czwartek rynkiem wstrząsnęła panika. A jak wiadomo, strach jest złym doradcą. Pozbywano się akcji bez względu na wycenę fundamentalną. A że przy okazji brakowało chętnych do zakupu - spółki spadały na łeb, na szyję. Następnego dnia emocje ostygły i sprzedający spojrzeli na swoje działania z innej perspektywy.
Patrzyłem na te wydarzenia z pewnym dystansem i spokojem. Jak to zwykle bywa w takich okolicznościach, rozdzwoniły się telefony zaniepokojonych inwestorów. Pojawiły się w biurze dawno nie widziane twarze - dodajmy: mocno wystraszone. Jeden z klientów przyszedł jeszcze raz rano - tym razem specjalnie na rozmowę przyprowadził swoją żonę. Biuro maklerskie czasem przypomina gabinet psychoanalityka.
Była to więc niewątpliwie panika. Piątek był dniem przełomowym. Właśnie piątek - ponieważ pozwolił ochłonąć emocjom. Spadki zmuszały do podejmowania działania. A szybkie działanie jest ze swej natury działaniem pochopnym. Spirala bezmyślnej sprzedaży nakręcałaby się coraz bardziej.
Największym zagrożeniem dla indeksu jest w tej chwili Pekao. EBOR ogłosił chęć sprzedaży swojego pakietu. Jego wycena w stosunku do wartości fundamentalnej nie jest zaniżona - może kosztować 15% mniej i nie będzie za tani. Kontrakty będą bacznie obserwować ten papier.
Patrząc na wykres - rynek znalazł wsparcie na 1400 pkt. Po czwartkowej panice spodziewać się należy silnego odbicia, przynajmniej do 1500 pkt. Obstawiam, że nastąpi to już w poniedziałek. Rynków nie przestraszą już kolejne zamachy. Musiałyby to być wydarzenia znacznie większego kalibru. Po odbiciu, przy złych okolicznościach, możliwe jest jeszcze ponowne testowanie dna na 1400 pkt. Po oczyszczeniu rynek powróci w grudniu do wzrostów.