Zacznijmy od truizmu. Linie lotnicze nie miały się ostatnimi laty najlepiej, na co w dużym stopniu wpłynęło zagrożenie atakami terrorystycznymi. Spadające zainteresowanie usługami, przy jednoczesnym wzroście stawek ubezpieczeniowych i cen paliwa sprawiło, że wielu przewoźników pożegnało się z rynkiem. Amatorzy zarabiania pieniędzy na podniebnych przejażdżkach szukają nowego podejścia do branży. Od kilku lat widać coraz wyraźniejsze próby popularyzacji koncepcji tzw. tanich przelotów.
Sprawa jednak wcale taka nowa nie jest. Inwestorzy giełdowi znają sprawę choćby na przykładzie pouczających doświadczeń klasyka giełd Warena Buffeta (ten amator maszynek do golenia, gazet i napojów gazowanych inwestował wszak kiedyś także w linie lotnicze). Także przed laty istniały przecież tańsze przeloty i tańsze linie. Ale faktyczne upowszechnienie marketingowe tzw. taniego latania - i praktycznie usankcjonowanie istnienia tego typu przewoźników - to jednak sprawa ostatnich kilku lat. Z punktu widzenia klientów, zwiększenie konkurencji (de facto w przypadku lotów krajowych właściwie pojawienie się jakiejkolwiek konkurencji!) jest jak najbardziej pożądane. Trudno byłoby bowiem za przypadkowy zbieg okoliczności uznać ogłaszane właśnie obniżanie cen biletów tradycyjnych linii lotniczych. Tanie latanie to więc dobrodziejstwo dla klientów. To także szansa dla mniejszych portów lotniczych i mniejszych miast. Tych, które dotychczas nie miały wielkich szans na zainteresowanie ze strony tradycyjnie działających towarzystw lotniczych. Pasażerowie zaś mogą być skłonni do nawet i dłuższych dojazdów do ostatecznego celu podróży. Zwłaszcza, jeśli wcześniej cena tradycyjnego biletu była dla nich barierą nie do pokonania.
"Poleć niemal za darmo bodaj i na koniec świata" - zdają się zachęcać tzw. tani przewoźnicy. Trochę to przypomina slogany i marzenia o bezpłatnym internecie. Sam ruch do szczęścia nie wystarczy. Potrzebne są jeszcze pieniądze. Potrzebne są przychody i zyski. Bo inaczej biznes nie będzie miał sensu. A nadzieje na trwałe obniżenie cen spłoną tak jak sen o darmowym internecie. Po drugiej stronie obserwowanej właśnie akcji promocyjnej wielu tanich linii są bowiem przecież ich właściciele, którzy liczą na zyski, a nie tylko na wypełnienie samolotów niewiele płacącymi podróżnikami.
Jest jeszcze jeden problem. Tradycyjne linie lotnicze będą broniły się zapewne coraz agresywniej. Ale niekoniecznie przez podejmowanie wojny cenowej. Jak przekonuje się obecnie irlandzki tani przewoźnik, w pewnym momencie można trafić na mur administracyjny. Tanie linie lotnicze podważają bowiem pozycję gigantów. Tym zaś, w obawie przed konsekwencjami upadku, zechcą zapewne pomagać rządy. Wszystkie nowe okoliczności trzeba będzie wziąć pod uwagę przy rozważaniu inwestycji w lotnicze akcje. Choćby naszego LOT-u, jeśli skarbowi piloci zdecydują oczywiście o jego lądowaniu na warszawskim parkiecie.
Powyższy tekst jest wyłącznie wyrazem osobistej wiedzy i poglądów autora