Nieśmiało, ale stopniowo rośnie natężenie opinii lewicowych środowisk o doniosłości misji Jerzego Hausnera w reformowaniu polskiej gospodarki. Pojawiły się nawet opinie porównujące reformy Hausnera do reform Balcerowicza. Wiara przenosi ponoć góry, ale jest też i matką głupich.

Reformy Hausnera pozostają na razie tylko na papierze. A minister-reformator poszukuje poparcia politycznego pilniej wśród parlamentarzystów opozycji niż w ugrupowaniu rządzącym. SLD dopiero po noworocznej zabawie zamierza głosować nad kierunkami racjonalizacji wydatków publicznych i nadzieja w tym, że nastroje politykom dopiszą. Wątpliwości biorą się z tego, że jeśli program Hausnera uzyska partyjne poparcie i ruszy maszynka do głosowania w Sejmie, to nikt nie będzie w stanie dokonać merytorycznych zmian w programie, który jest jedynie próbą ratowania bankrutującego systemu polityczno-ekonomicznego. Przygotowane reformy mają zaś być przeprowadzone już po wyborach parlamentarnych w 2005 r., a jest jeszcze kampania prezydencka, którą prawdopodobnie też zdominują tematy ekonomiczne.

Leszka Balcerowicza zbyt wiele dzieli niż łączy z Jerzym Hausnerem, co nie sprzyja analogiom. Ten ostatni jest typowym wyznawcą keynesizmu. Wspólną cechą osób go reprezentujących jest niezachwiana wiara w pchnięcie popytowe gospodarki. Jego wola została zrealizowana w budżecie na 2004 r., gdzie poprawnie policzone potrzeby pożyczkowe sektora finansów publicznych (deficyt budżetowy) wyniosą około 66 mld PLN (7,7% PKB). Jerzy Hausner ma zasadniczo odmienne zdanie od Leszka Balcerowicza w kwestii polityki monetarnej (i banku centralnego), której rolę widzi w kontekście dopełnienia luzowania fiskalnego, a nie jako instrumentu niezależnej kontroli nad polityką fiskalną i rządem. To prawda, że w krajach rozwiniętych (intelektualnie) dyskutuje się o optymalnej koordynacji polityki monetarnej i fiskalnej, ale nikt z rządu nie podważa niezależności banku centralnego i nie wypowiada się publicznie na temat jego polityki ani nie epatuje pomysłami dotyczącymi rezerw (walutowych czy obowiązkowych, bo niektórym się to i tak myli). Jednak chyba najistotniejsza różnica między Balcerowiczem i jego alter ego tkwi w wierze w system - w możliwości "dostrajania" istniejących instytucji (rozrośniętą biurokrację, niesprywatyzowane przedsiębiorstwa, nieprawidłowo funkcjonujące bodźce ekonomiczne etc.). Balcerowicz realizował gruntowną przebudowę systemu, która została zapoczątkowana w 1990 r., ale niestety, nie została zakończona. Hausner uważa, że dobry superminister jest w stanie nad wszystkim zapanować i kontrolować.

Sytuacja ekonomiczna i polityczna w Polsce w 2004 r. będzie przypominać do pewnego stopnia schyłek lat 80., gdy postępowało bankructwo systemu komunistycznego, a próbę jego ratowania i reformy podjął premier Mieczysław Rakowski. Nie był jednak w stanie zmienić systemu, którego był częścią, ale jego ustawa o komercjalizacji przedsiębiorstw jest do dzisiaj wspominana z rozrzewnieniem przez liberalnych ekonomistów. Prawdopodobnie będzie się miała rzecz z Hausnerem, któremu należy życzyć sukcesów w poprawianiu socjalkapitalizmu w Polsce, ale będą to zmiany kosmetyczne. Polska gospodarka, aby rosnąć w tempie gospodarki irlandzkiej w dekadzie lat 90. (średnio 8% rocznie) potrzebuje dokończenia transformacji systemu, a jedną z jego cech jest konserwatywna polityka fiskalna i monetarna, deregulacja i liberalizacja gospodarki na masową skalę i bez przywilejów politycznych dla krajowego kapitału oligarchicznego.Powrót na ścieżkę dynamicznego wzrostu gospodarczego wymaga także głębokich cięć w aparacie biurokratycznym państwa, co oznacza likwidację ministerstw i urzędów centralnych, funduszy pozabudżetowych i administracji lokalnej. Nie chodzi tu o oszczędności finansowe, choć one też są nie do pogardzenia, ale o zniesienie biurokratycznej blokady w ubogim państwie, w którym to nie władze ustawodawcze, ale biurokracja tworzy prawa i często we własnym interesie. Gdy urzędników będzie mniej, to sami będą zainteresowani optymalizacją liczby przepisów i regulacji. Minister Hausner obiecał dodać do swojego programu oszczędności w wydatkach na biurokrację od 2005 r. i żeby były one większe niż 17-proc. wzrost nakładów na urzędników w 2004 r.