Grudzień sprzyja z jednej strony podsumowaniom, z drugiej zaś - prezentacji prognoz na następny rok. Nie inaczej jest i tym razem.

Oto więc możemy poczytać i posłuchać sobie, czego analitycy, ekonomiści, inwestorzy i inni ludzie związani z rynkami finansowymi spodziewają się po 2004 roku. Najbardziej ciekawi nas fakt, co będzie się działo z fundamentami (a więc z danymi makroekonomicznymi). Ostatnie tygodnie przyniosły zdecydowaną poprawę oczekiwań w tym względzie, szczególnie ze strony dużych banków inwestycyjnych (jeden z nich, Merrill Lynch jest nawet o wiele bardziej optymistyczny niż rząd, który przecież karcony jest przez niektórych za zbytni optymizm). Wygląda na to, że najbardziej pesymistyczny jest Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Z drugiej strony, jego prognozy na ten rok okazały się zdecydowanie zaniżone. Na razie więc nie ma się czym przejmować. Może i tym razem przypuszczenia MFW się nie sprawdzą. Chociaż, kto wie? Gospodarka ma to do siebie, że jest organizmem żywym, a więc praktycznie wszystko się może zdarzyć. Boleśnie przekonali się o tym ci, którzy wyśmiewali Grzegorza Kołodkę za jego prognozy na 2003 rok. Szansa na 3,5% wzrostu była niewielka, ale jednak dziś już możemy prawie ze stuprocentową pewnością mówić, że marzenia stały się faktem. Inna sprawa, że przyczyny tego stanu rzeczy są inne od założeń. Nikt bowiem nie oczekiwał tak wysokiej dynamiki eksportu.

Prawie wszyscy zgadzają się z tezą, że aby osiągnąć 5% wzrostu PKB, musi być spełnionych kilka postulatów. Po pierwsze, musimy wejść do UE (co jest już niemal pewne, chociaż wciąż pozostaje kwestia konstytucji europejskiej). Po drugie, trzeba zacząć wdrażać plan naprawy finansów publicznych. Po trzecie, muszą być kontynuowane działania na rzecz poprawy klimatu biznesowego w Polsce (obniżenie podatków, które jest faktem, jest dużym krokiem naprzód). Po czwarte, musi dojść do poprawy sytuacji w Eurolandzie. To sprawy najważniejsze. Wydaje się, że rzeczywiście jest duża szansa, aby zostały załatwione. Stąd, moim zdaniem, można na 2004 rok patrzeć jednak z optymizmem.

Analitycy zastanawiają się też oczywiście nad tym, co będzie się działo z polską walutą. Niektórzy uważają, że ogromna emisja papierów skarbowych będzie negatywnie wpływać na złotego. Nie zgadzam się z tym. Od dłuższego czasu wiadomo, że papierów będzie dużo, ten czynnik jest już raczej zdyskontowany. Innymi słowy: kto miał wyjść z Polski w obawie przed spadkiem cen obligacji, ten już to raczej zrobił. Stąd zresztą korekta, z którą mieliśmy do czynienia w ostatnim czasie. Wyraźna korekta. Większość obserwatorów jest jednak zdania, że 2004 rok będzie okresem wzrostu realnej wartości polskiej waluty. Różnice dotyczą jednak skali wzrostu. Najwięksi optymiści mówią nawet o 20% (wspomniany już przeze mnie Merrill Lynch). Średnio mówi się o 5-10%, i jeśli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, wydaje się to bardzo realne. Inna kwestia to rynek eurodolara. Od niego przecież też będą zależały kursy wobec poszczególnych walut. Tutaj panuje przekonanie, że przynajmniej do końca I półrocza 2004 roku euro będzie się umacniać. Czyżbyśmy więc faktycznie mieli zobaczyć dolara po 3,5 zł?

A więc w gospodarce ma być dobrze, a złoty ma się umocnić. Tak wygląda średnia ocen różnych ośrodków analitycznych. Czy coś z tego wynika? Coś na pewno, choć z drugiej strony, popatrzmy na średnią sprzed roku. Wzrost gospodarczy miał być zdecydowanie niższy, a złoty wyraźnie mocniejszy. Eurodolar też miał być w innym miejscu... A więc? No cóż, pozostaje nam własny zdrowy rozsądek.