Powołany w ubiegłym tygodniu nowy zarząd Parmalatu, włoskiego potentata w branży spożywczej, złoży wniosek zapewne w Mediolanie, gdzie firma ma siedzibę. - Złożenie wniosku o ochronę przed wierzycielami to duży krok ku zagwarantowaniu, że spółka nadal będzie działać - powiedział agencji Bloomberga Gianni Bizzarri, prezes funduszu Ifigest Fiduciara Sim. Jeśli sąd będzie spółce sprzyjać, będzie ona chroniona przez dwa lata. W przeciwnym wypadku zostanie zlikwidowana.
Kłopoty pojawiły się przed dwoma tygodniami, kiedy Parmalat nie zdołał wykupić w terminie obligacji. Cena rynkowa pozostałych papierów dłużnych spółki wynosi obecnie ok. 20% ich wartości nominalnej. Agencja Standard & Poor?s, obniżyła ich rating ze statusu inwestycyjnego do "śmieciowego".
W piątek nowy dyrektor generalny Parmalatu Enrico Bondi poinformował, że dokumentacja dotycząca opiewającego na 3,9 mld euro rachunku firmy w BoA jest fałszywa. Ludzie związani ze sprawą donosili natomiast, że w rachunkach Parmalatu może brakować nawet 7 mld euro. Wczoraj dziennik "Corriere della Sera" podał - powołując się na sędziów z sądu mediolańskiego - że "czarna dziura" może wynosić nawet 10 mld euro. - To najbliższa Enronowi sprawa, jaka wydarzyła się we Włoszech, a być może i w całej Europie - stwierdził w jednym z wywiadów Vincenzo Visco, były włoski minister finansów.
- Parmalat działa w wielu krajach na świecie. Osiąga roczne przychody w wysokości 7,6 mld euro. Jego bankructwo oznaczałoby utratę pracy dla 36 tys. osób, a do tego z pewnością włoski rząd będzie się starał nie dopuścić - mówił o tym w sobotę premier Silvio Berlusconi. W przypadku bankructwa pod znakiem zapytania stanąłby także zwrot 2 mld euro pożyczek, zaciągniętych przede wszystkim w największych włoskich bankach, i spłata ok. 4 mld euro z tytułu wyemitowanych obligacji.