Reklama

Do polityki pieniężnej trzeba mieć nosa

Z Grzegorzem Wójtowiczem, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, rozmawia Katarzyna Siwek

Publikacja: 31.12.2003 08:39

Kończy się sześcioletnia kadencja Rady Polityki Pieniężnej. Pan, podobnie jak inni członkowie wskazani przez prezydenta, będzie sprawował funkcję najdłużej, do lutego. Czy gdyby była taka możliwość, kandydowałby Pan jeszcze raz do RPP?

To jest pytanie czysto teoretyczne, bo takiej możliwości nie ma.

A gdyby była?

Ja nie zajmuję się teorią, tylko praktyką.

Co się Panu najbardziej podobało w Radzie?

Reklama
Reklama

Praca zespołowa: mogłem uczyć się od innych, a jednocześnie istniała między nami pewna konkurencja.

I czego się Pan nauczył?

Śledzenia na bieżąco tego, co zarówno w teorii polityki pieniężnej, jak i w praktyce dzieje się w różnych rejonach świata. To było możliwe właśnie dzięki pracy zespołowej. Gdy pracuje się indywidualnie, wiele ważnych spraw po prostu umyka.

A czego Pan najbardziej nie lubił podczas pracy w RPP?

Nie lubię sporów prowadzących donikąd. A takie nam się zdarzały - całe szczęście rzadko.

Może Pan podać jakiś przykład?

Reklama
Reklama

Dotyczyło to bardzo szczegółowych zagadnień. Dochodziło wtedy do dyskusji, które nie miały końca. Ale pocieszam się, że zasada "neverending story" funkcjonuje nie tylko w polityce pieniężnej.

A jak wyglądały dyskusje nad stopami procentowymi? Czy była to spokojna wymiana poglądów? A może zacięte spory, które rozstrzygał prezes NBP, dysponujący decydującym głosem?

Po wynikach głosowań, kiedy często było pięć do pięciu, przeważał głos prezesa NBP. Powstał wtedy taki mit, że jego głos zawsze decydował, a on sam mógł zachowywać się pasywnie. Z tego wynikałoby, że prezes cały czas czekał, rozglądał się i nic nie robił. A on w dyskusjach naprawdę musiał się napocić i być bardzo aktywnym. Praca zespołowa, o której mówiłem na początku, obejmowała również jego. Poglądy prezesa przeważały tylko w ostateczności. Posługiwanie się wyłącznie wynikiem głosowań jest dużym uproszczeniem. A to było tak, jak z meczami piłkarskimi: różne mecze mogą dać ten sam wynik, chociaż ich przebieg jest zupełnie inny. Raz są słupki, raz poprzeczki, a czasem nie ma w ogóle strzałów. Myślę, że ten mit o pasywnej roli przewodniczącego RPP wziął się po części stąd, że my w Polsce nie publikujemy protokołów z posiedzeń Rady. Nie publikujemy ich nawet w skróconej formie. Media żyją czasem uproszczeniami, a życie bywa bogatsze.

Wimowi Duisenbergowi, pierwszemu w historii prezesowi Europejskiego Banku Centralnego, wielokrotnie wytykano, że nie potrafi się komunikować z rynkiem. Przeciwstawiano go Alanowi Greenspanowi, szefowi amerykańskiej Rezerwy Federalnej, który dużo lepiej opanował tę sztukę...

Znam obu Panów i nie podzielam tej opinii. To są zupełnie inne osobowości. Poza tym, Wim Duisenberg ma niezwykle ciężkie zadanie. Musi w sposób możliwie jednoznaczny wyrażać poglądy przedstawicieli banków centralnych różnych krajów. A interesy tych państw są zupełnie inne. Mówi się, że Niemcom, na przykład, jest potrzebna stopa procentowa na poziomie 1%, a Irlandczykom - 6%. Powiem tak: Wimowi Duisenbergowi przypadła rola lodołamacza. Alan Greenspan może występować jako samotny żaglowiec.

A do którego z tych Panów bliżej naszej RPP?

Reklama
Reklama

Takiego porównania nie da się przeprowadzić, bo Rada to jest ciało składające się z wielu osób.

Czy polityka RPP była przejrzysta?

Tak. Stopień przejrzystości określiłbym jako co najmniej zadowalający. Chociaż trzeba powiedzieć, że nasze działania nie zawsze były zgodne z oczekiwaniem rynku.

Czy rozpoczynając pracę w Radzie od razu miał Pan świadomość, jakie konsekwencje dla rynku, dla kursu złotego, dla cen polskich obligacji mają Pana wypowiedzi?

W moim przekonaniu komentarze członków Rady w ogóle nie powinny wpływać na rynki. Często spotykałem się z uwagami, że niechętnie wypowiadam się na temat stóp procentowych. Uważam to za pochwałę. Słyszałem też, że niechętnie mówię, czy złoty jest mocny czy słaby. To z kolei uważam za wielką pochwałę. Miałem oczywiście kilka doświadczeń, które Jakie to były doświadczenia?

Reklama
Reklama

Zdarzyło mi się to kilka razy. Ale co to jest na sześć lat!

Poproszę o bardziej szczegółową odpowiedź.

Podam przykład, który najbardziej utkwił mi w pamięci. To się zdarzyło mniej więcej trzy lata temu. Analitycy snuli wtedy fatalne prognozy dotyczące bilansu płatniczego, które się miały nijak do rzeczywistości. Na własną odpowiedzialność zdecydowałem się wtedy powiedzieć, jaki będzie deficyt. Musiałem skorygować te błędne prognozy. Ale zostało to źle zinterpretowane: uznano, że wyrwałem się przed szereg, chciałem być pierwszy, który poda informację o deficycie.

A co się stało wtedy na rynku?

Rynek był zaniepokojony złymi prognozami. Mam nadzieję, że moja wypowiedź trochę go uspokoiła.

Reklama
Reklama

Jest Pan bardzo ważną osobą. Każdy inwestor dokładnie słucha i analizuje, co Pan mówi. Ale kiedy kadencja Rady się skończy, Pana słowa nie będą już dla rynku takie ważne...

To jest tania popularność. Poza tym, nic nie trwa wiecznie. Członkostwo w Radzie jest dobrym zajęciem, być może na więcej niż jedną kadencję, ale nie na całe życie. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że przed zakończeniem kadencji udało mi się zamknąć pewien rozdział mojego życia: napisałem - razem z moją córką - książkę o historii monetarnej Polski. To jest opowieść o naszym pieniądzu od początku państwowości i dalej, sięgając w przyszłość, aż do euro.

Jakie są Pana dalsze plany zawodowe?

Mam jeszcze na to trochę czasu. Zastanawiam się, w jakim stopniu będą to zajęcia akademickie, a w jakim praktyczne.

Skoro jesteśmy już przy działaniach, jak to je Pan określił "praktycznych", czy nie ma Pan wrażenia, że w tej Radzie właśnie zabrakło praktyków?

Reklama
Reklama

To jest dosyć trudna sprawa, bo nie mamy w Polsce zbyt wielu praktyków, jeśli chodzi o politykę pieniężną.

Ale czy nie sądzi Pan, że o polityce pieniężnej powinny decydować osoby, które przeprowadziły chociaż kilka transakcji na rynku walutowym czy obligacji?

To jest pytanie tendencyjne! Oczywiście, pracując w takim zespole ma się wyobrażenie nazwijmy to "Rady idealnej". Ale zgodnie ze starym dowcipem, ideał to jest coś, do czego trzeba dążyć, ale co i tak jest nieosiągalne.

A jak wygląda "Rada idealna" według Grzegorza Wójtowicza?

To grupa ludzi, którzy bardzo dobrze znają się na polityce monetarnej. Ale przy okazji nie są na bakier z zagadnieniami operacyjnymi i księgowymi, związanymi z funkcjonowaniem banku centralnego. Dotyczy to zarówno Polski, jak i strefy euro. Bo wielkim zadaniem przyszłej Rady będzie zastąpienie złotego walutą europejską.

Znamy już nazwiska kandydatów do RPP z ramienia Sejmu i Senatu. Czy mają szanse stworzyć Radę bliską ideału?

Nie będę się na ten temat wypowiadał, dopóki nowa Rada nie zostanie wybrana. To byłoby nie na miejscu, chociaż na czasie.

Jaki był największy sukces Rady?

Ustabilizowanie cen w Polsce. To było naszym marzeniem, gdy rozpoczynał się proces transformacji: dojście do takiego złotego, który budzi zaufanie.

A największa porażka?

Nie udało nam się przekonać wszystkich, jak istotne jest posiadanie silnego, stabilnego pieniądza.

Jakie błędy Rada popełniła?

Niech to oceniają inni. Powiem tylko, że w ciągu tych sześciu lat mieliśmy przynajmniej cztery takie okresy, gdy podejmowanie decyzji było bardzo trudne. Pierwszy to był czas kryzysu rosyjskiego. Wszyscy spodziewali się wtedy, że podniesiemy stopy procentowe, a my je obniżyliśmy, co się okazało posunięciem - powiem - dość ciekawym. Drugi moment to zakończenie serialu obniżek stóp procentowych na przełomie lat 1998-1999. Trzeci to zakończenie okresu podwyżek stóp w połowie 2000 r. Kolejna kwestia to głębokość obniżek w ostatnich latach To były trudne decyzje. Można je różnie oceniać.

A cel inflacyjny? Rada go sama określała, ale nie potrafiła osiągnąć...

Gdybyśmy tych, co tak mówią, poprosili o ich prognozy inflacji, bylibyśmy zdaje się w tym samym położeniGdy siedzę przed telewizorem i oglądam naszych piłkarzy, to myślę, że gdybym ja był na boisku, to zamiast 0:2 byłoby 14:0.

Jakie najcenniejsze doświadczenie wyniósł Pan z pracy w Radzie? Co chciałby Pan przekazać swoim następcom?

Wyostrzył się mój pogląd, że w prowadzeniu polityki pieniężnej wiedza pomaga, ale nie wystarcza. Umiejętności pomagają, ale też nie wystarczają. Potrzebne jest wyczucie. Działaliśmy w trudnych, zmieniających się warunkach. Nos był często ważniejszy niż wiedza i umiejętności.

Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama