Reklama

Gospodarka amerykańska na sterydach

PZ Delosem Smithem, głównym analitykiem Conference Board, rozmawia Tomasz Deptuła

Publikacja: 31.12.2003 09:07

Rok 2003 kończy się o wiele lepiej, niż się zaczął. Mimo to wciąż mówi się o zagrożeniach. Jakie negatywne czynniki wpływają na gospodarkę globalną i amerykańską?

Przede wszystkim to, co nazywam "gospodarką emocji", czyli amerykańskie problemy w Iraku oraz długofalowe następstwa ataków z 11 września. Kolejnym czynnikiem stymulującym gospodarkę jest znaczy wzrost wydatków zbrojeniowych. Trzeba będzie za nie kiedyś zapłacić wysoką cenę. Następnym zjawiskiem, choć niekoniecznie negatywnym, który trzeba wziąć pod uwagę, jest postępująca globalizacja systemów gospodarczych.

W jaki sposób ów "czynnik emocji" wpływa na sytuację makroekonomiczną?

Obniża zaufanie konsumentów i zwiększa nerwowość zachowań społecznych. Trzeba jednak pamiętać, że nawet przy spadku wskaźników nastrojów i pomimo niepewnych nastrojów konsumenci nadal kupują towary, głównie dzięki taniemu pieniądzowi. Stopy procentowe są bardzo niskie, co powoduje, że Amerykanie łatwo podejmują decyzje o kupnie auta lub nieruchomości. Aby jednak utrzymać stabilny wzrost gospodarczy, konsumenci powinni się jeszcze bardziej "wyluzować", uspokoić. Tak się jeszcze nie dzieje. Choć w tym roku było już dużo lepiej niż w ubiegłym lub tuż po 11 września, to wciąż ludzie są podatni na negatywne informacje. Gdy ponad 100 tysięcy młodych ludzi naraża codziennie swoje życie za granicą, gdy napływają informacje o zabitych i rannych, trudno o spokój. Myślę, że Polacy przeżywają podobne napięcia, mimo że w Iraku jest stosunkowo niewielu waszych żołnierzy. I nie jest to problem, który zostanie rozwiązany już jutro.

Wyniki III kwartału amerykańskiej gospodarki były jednak tak znakomite, że zaskoczyło to największych optymistów. Jak może Pan wyjaśnić ten fenomen?

Reklama
Reklama

To proste: system gospodarczy był na sterydach. W przypadku gdy się rozsyła podatnikom czeki na 15 miliardów dolarów jako rabaty podatkowe, tak aby ludzie o wysokich dochodach otrzymali naprawdę wysokie ulgi, rzeczywiście stymuluje się na krótszą metę rozwój gospodarczy. Trzeba też pamiętać, że rynki kapitałowe także korzystały z ulg podatkowych, co pomogło giełdowej hossie. Problem w tym, że tego rodzaju operacji nie można przeprowadzać codziennie. Gdy używa się dopingu, z reguły na początku otrzymuje się bardzo dobre wyniki. Problem ze sterydami polega jednak na tym, że nie można ich odstawić. Wciąż potrzebne są nowe większe dawki.

To znaczy?

Mamy za sobą bardzo dobry kwartał ze wzrostem PKB w wysokości 8,2%. Skutki sztucznej stymulacji gospodarki będą widoczne, choć w mniejszym wymiarze także w IV kwartale i na początku 2004 roku, ale prędzej czy później trzeba będzie w jakiś sposób sfinansować dziurę budżetową. Coś się więc zyskuje, coś się traci. Na krótszą metę, owszem, pobudza się rozwój gospodarczy, na dłuższą jednak kreuje się kolejny problem, ponieważ wzrost odbywa się za pożyczone pieniądze. Trzeba teraz się udać na światowe rynki finansowe i mieć nadzieję, że reszta świata będzie chciała kupić obligacje skarbowe.

Mówi Pan tak, jakby gospodarka dopiero wchodziła, a nie wychodziła z recesji.

Oczywiście, był to bardzo dobry kwartał. Obecny, właśnie się kończący, także nie powinien być zły. W USA sytuacja rzeczywiście wygląda dziś dużo lepiej niż na początku roku, choć oczywiście jest wiele problemów. Konsumenci aktywnie wydają pieniądze, ożywiła się produkcja przemysłowa. Trzeba pamiętać, że PKB to tylko miara wyprodukowanych towarów i usług. Oprócz niego jest jeszcze wiele innych barometrów gospodarki, które należy brać pod uwagę. Na przykład doniesienia z rynku pracy. Choć stopa bezrobocia zmniejszyła się trochę, ostatnie dane za listopad były bardzo rozczarowujące, a wartość publikowanego przez nas indeksu ogłoszeń na rynku pracy (37 punktów) jest wciąż bardzo niska i co gorsze nie wykazuje tendencji wzrostowej. To ciągle 63% poniżej tego, co uważamy za przeciętny rok.Dow Jones przekroczył 10 000 punktów, Nasdaq pokonał 2000 punktów. Na rynek giełdowy nie ma co narzekać.

Giełdy w USA odzwierciedlają przede wszystkim kondycję światowego systemu ekonomicznego, a nie amerykańskiej gospodarki. Trzeba pamiętać, że międzynarodowe korporacje radzą sobie doskonale w warunkach globalizacji. Osiągają bardzo duże zyski. W przypadku spółek pochodzących z USA zysk osiągany jest często przede wszystkim na operacjach międzynarodowych. To za granicą wielkie korporacje podejmują wciąż nowe inwestycje. Nazywam je "korporacjami wszędobylskimi" - takie koncerny jak General Motors, 3M, Procter &Gabmle, Johnson&Johnson są obecne we wszystkich zakątkach świata. Nie są już wyłącznie częścią gospodarki amerykańskiej, ale elementem światowego systemu ekonomicznego. General Motors jest tak duży, że jego obroty przekraczają dochody wielu państw, a wartość produkcji koncernu jest większa od PKB większości krajów świata. Oczywiście, zwyżki na giełdach pomagają także amerykańskiej gospodarce i mieszkańcom USA. Trzeba jednak pamiętać, że akcjami na Wall Street obracają inwestorzy z całego świata, więc zwyżki pomagają także całej światowej gospodarce.

Reklama
Reklama

Wiele mówi Pan o globalizacji. Czy rzeczywiście jest ona aż tak istotna?

To główny czynnik wpływający na gospodarki narodowe. Globalizacja w sposób znaczący zmienia prognozy gospodarcze. Słyszeliśmy o wojnie handlowej związanej z cłami na stal, teraz możemy mieć następne. To też element globalizacji gospodarki, a jednocześnie dowód na to, że wciąż myślimy w kategoriach państwowych. Zawsze przy tej okazji zwracam uwagę na rolę wielkich korporacji, które doskonale znam. General Motors ma około 200 zakładów produkcyjnych na całym świecie, w tym także w Polsce. Sprzedaje produkty w 200 krajach. Zatrudnia 380 tys. ludzi. 25 lat temu GM produkował 5 milionów aut, obecnie jest to 10 milionów. znacznie poprawił jakość. Ich głównym konkurentem jest dziś japońska Toyota, a nie inny koncern z Detroit. Czytając o problemach Toyoty widzimy, że mają takie same problemy jak amerykańskie korporacje, też mają zakłady produkcyjne na całym świecie i także produkują swoje auta w USA.

Globalizacja pogłębia jednak kłopoty amerykańskiej gospodarki. To właśnie jej Stany Zjednoczone zawdzięczają rekordowy deficyt handlowy...

Mamy rzeczywiście ogromny deficyt, choć dokładnie nie wiemy jaki. Publikowane wskaźniki nie oddają całej prawdy. To problem, którego dotknęliśmy przed chwilą. Mierząc deficyt handlowy zakładamy bowiem, że jakiś towar jest w całości wytwarzany w jednym kraju i wywożony do innego. Tymczasem na przykład taki Boeing produkuje elementy do samolotów w ponad 70 krajach. W każdym samolocie wartość japońskiego wkładu szacuje się na 25%. Ale w naszych obliczeniach Ameryka otrzymuje za to 100% kredytu. To scenariusz, który zacznie się powtarzać. Pokazuje, jak skomplikowana jest dzisiejsza gospodarka. Wszystkie nasze dane są zorientowane na narodowe gospodarki, gdy tymczasem elementy globalne stają się w coraz większym stopniu częścią naszej gospodarki. Trudno jednak dokładnie to zrozumieć, bo nie mamy narzędzi, aby to zmierzyć. Cały nasz aparat analityczny oparty jest na czynnikach narodowych.

Na razie jednak Amerykanie będą musieli rozwiązywać swoje problemy na poziomie narodowym. I uporać się z deficytem budżetowym...

W przyszłym roku będziemy musieli sprzedać obligacje państwowe na łączną sumę 550 mld USD. Będzie to poważny temat w naszej kampanii wyborczej. Wydatki i przychody są zupełnie niezbilansowane, a mówienie o zredukowaniu deficytu to bardziej pobożne życzenia niż rzeczywistość. Co się stanie, gdy reszta świata nie będzie miała ochoty na nasze obligacje? Rząd będzie musiał i tak je sprzedać, podnosząc oprocentowanie. A to z kolei odbije się negatywnie na wewnętrznym rynku, głównie nieruchomości oraz motoryzacyjnym. Zwłaszcza że ten pierwszy osiągnął apogeum i wiele osób ostrzega przed pęknięciem cenowej bańki. Tak jest w Nowym Jorku czy pewnych częściach Florydy i Kalifornii. Nic jednak nie jest przesądzone. To właśnie czyni gospodarkę interesującą dyscypliną wiedzy.

Reklama
Reklama

Dziękuję za rozmowę.

Co to jest

Conference Board

Conference Board to organizacja nie nastawiona na zysk (not for profit), finansowana przez wielkie korporacje. Powstała w 1916 r. w czasie kryzysu organizacji przemysłowych. Utworzona przez industrialistów miała być strukturą nowego typu, nie zajmującą się autopromocją, ale rozwiązywaniem konkretnych problemów. Dziś Conference Board publikuje między innymi indeks wyprzedzających wskaźników ekonomicznych (Leading Economic Indicators - LEI), używany do prognozowania krótkoterminowej koniunktury gospodarczej, wskaźnik ogłoszeń na rynku zatrudnienia (Help Wanted Index) oraz wskaźnik zaufania konsumentów, konkurujący z podobnym, ogłaszanym przez Uniwersytet Michigan.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama