Kilkudziesięcioletniej integracji gospodarczej krajów Europy Zachodniej towarzyszył skomplikowany i burzliwy proces integrowania systemów finansowych. Trwało to długo, ale efektem - poza wspólnym obszarem gospodarczym - jest wielka unia walutowa, wspólna polityka pieniężna, wspólny bank centralny. I przede wszystkim wspólny pieniądz, który - mimo krótkich jeszcze doświadczeń - śmiało konkuruje z dolarem w walce o pozycję globalnej waluty rozliczeniowej.
Ciekawe jednak, że procesowi integracji nie poddały się europejskie rynki kapitałowe. Namiastką wspólnych, ponadnarodowych platform transakcyjnych jest choćby Euronext, znany nam ze współpracy z GPW, czy sojusz giełd skandynawskich. Pomimo upływu dziesiątek lat od rozpoczęcia procesu integracji europejskiej, nadal karty rozdają jednak narodowe kolosy - Frankfurt i Londyn. Także w przypadku Euronextu trudno nie dostrzec, że kojarzony jest on z centrum w Paryżu.
Europejczykom sporo czasu zajęło przyjęcie wspólnej waluty, poprzedzone przecież świadomą rezygnacją z własnych, narodowych walut - czasem darzonych naprawdę dużym sentymentem. Tymczasem można odnieść wrażenie, że nie widać jakiejś wielkiej ochoty na integrację rynków kapitałowych. Pamiętamy, co prawda, rozmaite dyskusje i spekulacje o ewentualnych aliansach wielkich konkurentów z Londynu i Frankfurtu, ale na razie na tym się skończyło. Jeśli dodamy do tego Paryż z Euronextem i integrujących się samodzielnie Skandynawów, to nadal można odnieść wrażenie, że giełd jest w Europie... za dużo.
Absolutnie nie chcę jednak przez to sugerować, że integracja europejska wymusza automatycznie analogiczny proces na rynkach kapitałowych. Z punktu widzenia konkurencji monopolizacja europejskiego rynku kapitałowego niekoniecznie byłaby szczęśliwym pomysłem. Co więcej, jestem przekonany, że - nawet gdyby do takowej integracji doszło (ale sądzę, że raczej w formie zachowania dwóch silnych ośrodków) - w każdym z krajów będzie miejsce dla parkietów spółek mniejszych i średnich. Tych, dla których naturalną bazą kapitałową są inwestorzy lokalni. Stąd także nadzieja, że - mimo potęgi wielkich giełd zachodnich - i nasza warszawska giełda przetrwa, stając się pośrednikiem między sektorem małych i średnich firm a inwestorami skłonnymi współfinansować takie właśnie projekty inwestycyjne. Wszak nie jest tak, że piękne tylko to, co duże. Boleśnie przekonali się o tym właśnie przecież akcjonariusze włoskiego giganta - Parmalatu.
Zamyśliłem się nad ową mnogością europejskich giełd - "grubasów", rozumianych jako parkiety spółek dużych i wielkich z uwagi na ostatnie medialne zamieszanie wokół domniemanej, acz dementowanej ewentualności łączenia "dużej" giełdy nowojorskiej (NYSE) z rynkiem NASDAQ. W kontekście oświadczenia NASDAQ (dostępnego w serwisie internetowym), jak i odmowy komentowania plotek przez przedstawiciela NYSE (pisze o tym "Financial Times") sprawa wydaje się bardziej medialnym domniemaniem lub spekulacją. Jednak warto zauważyć, że już samo podniesienie tego tematu może świadczyć, iż nawet w USA, mateczniku współczesnego światowego rynku kapitałowego, ewentualność fuzji dwóch wielkich rynków nie jest uważana za koncept abstrakcyjny (zajął się przecież tym tematem sam renomowany "Wall Street Journal"). Jeden z analityków cytowanych przez FT nie zostawił suchej nitki na pomyśle fuzji NYSE i NASDAQ. Ale nie zmienia to faktu, że dyskusja może ponownie odżyć, a jej echa muszą dać do myślenia Europejczykom, którym - jak widać - tak ciężko rozstawać się ze "swoimi" odrębnymi giełdami.