Rzucić palenie? Schudnąć? Oglądać mniej telewizji? Zadbać o zdrowie? A może - wzorem młodego górala z telewizji - nie kurzyć i nie bić baby, czyli podejść do sprawy bardziej ambitnie i nie poprzestawać na jednym zadaniu? Każdy się zastanawia, co mógłby dla siebie dobrego uczynić w nowym roku, walcząc równolegle z frustracją, wywołaną przez zeszłoroczne zaniechania.
Trawestując popularną maksymę, można rzec: nie pytaj, co mógłbyś zrobić dla siebie, zastanów się, co inni mogliby uczynić dla ciebie. Dlaczego? Bo jestem tego wart - mógłby odpowiedzieć niejeden inwestor, patrząc na zasobność swojego portfela. Przyznają Państwo, że to wręcz rewolucyjne postawienie sprawy. Implikuje rzecz niezwykłej wagi - za rok nie będziemy rozliczać siebie, ale innych. Gra warta jest chyba świeczki.
Więc co inni mogliby dla nas zrobić? Wypadałoby zacząć od rządu. Przyznam szczerze - bliska mi jest teoria, że lepiej by było, aby nic nie robił, przez co wszystkim nam się poprawi. Na poziomie poszczególnych ministerstw coś by się jednak znalazło. Dajmy na to resort skarbu - gdyby jego szef wpisał sobie do sztambucha jako jedno z najważniejszych tegorocznych zadań, np. pięć dużych prywatyzacji poprzez giełdę, nie byłoby źle. I gdyby przy tym, jak za dawnych lat, obowiązywały preferencje dla drobnych graczy, być może ożyłaby większość z kilkuset tysięcy (taki jest, Panie Ministrze, niewykorzystywany przez Pana potencjał) uśpionych rachunków inwestycyjnych. Łatwa prywatyzacja już się skończyła - mówi często MSP. No to postawmy na efektywność. A co się do tego lepiej nadaje niż giełda?
Ministra finansów nie odrywałbym raczej od własnych zadań. Ilekroć bowiem kieruje wzrok ku rynkowi kapitałowemu, traci poczucie rzeczywistości, czego podatek giełdowy najlepszym przykładem. A co w takim razie ze strategią dla GPW? Od prawie 10 lat temat wraca jak bumerang i nawet co pewien czas pojawiają się jeśli nie strategie, to przynajmniej różne ich zarysy. A później nowe. I tak w koło Macieju. Czekam raczej na to, by minister finansów powiedział wprost: w tym roku właściciel giełdy sprzeda tyle i tyle jej akcji, oferty do potencjalnych inwestorów wyśle, dajmy na to, w lutym; oczekuje od nich, że tu, w Warszawie, utworzą centrum giełdowe dla środkowej Europy; zarząd GPW otrzymał zaś od tegoż właściciela zadanie, by do końca grudnia ściąć koszty o 40% (a czemu by nie?) i wprowadzić takie to a takie nowe instrumenty i rozwiązania. Oczywiście, podobna lista mogłaby powstać w przypadku KDPW. Kolejna papierowa strategia, mam wrażenie, nie jest inwestorom do niczego potrzebna, konkretne działania - jak najbardziej.
Żeby było jasne - nie mam zbyt wygórowanych oczekiwań. Nie ma nic gorszego niż nieudana próba przeskoczenia za wysoko ustawionej poprzeczki. Od biur maklerskich oczekuję więc przede wszystkim większej aktywności na rynku pierwotnym. Niepokoi mnie, że niemal wszystkie publiczne oferty organizował ostatnio jeden broker (dla niego gratulacje - rzecz jasna). Gdyby każdy z domów maklerskich znalazł 2-3 spółki pragnące zadebiutować na parkiecie, mielibyśmy 40-60 ofert. Dodajmy do tego 5 dużych prywatyzacji. Czyż życie inwestora musi być nudne?