Na piątkowej sesji popyt już nawet nie starał się robić dobrej miny. Rynek był wyraźnie słaby i wygląda na to, że to jeszcze nie koniec spadków. W poprzednich dniach strona popytowa chociaż markowała ruchy. W piątek już nawet tego nie dało się zauważyć. Jedynym momentem, gdy choć przez chwilę przeważali kupujący, była próba wyjścia cen nad poziom 1693 pkt. Próba nieudana, której konsekwencją była słaba końcowa część sesji. Wtedy zostały zanotowane minima.
Słabość popytu to nie jedyna przyczyna spadku cen, choć oczywiście, najważniejsza. Problem polegał też na tym, że zabrakło pozytywnych impulsów. Za to negatywnych było pod dostatkiem. Najważniejsza była publikacja danych o sytuacji na amerykańskim rynku pracy. Oficjalne oczekiwania co do danych były wysokie. Jednak jeszcze przed publikacją pojawiały się opinie, że dane mogą być jeszcze lepsze. W takiej sytuacji nie dziwi rozczarowanie, z jakim spotkały się dane opublikowane o 14.30. Stopa bezrobocia wprawdzie spadła aż o 0,2 pkt proc., ale było to wynikiem znacznego spadku liczby osób, wobec których się tę stopę liczy. Rynek do tych danych nie przywiązuje zbyt dużej wagi.
Za najważniejszą wielkość uznaje się liczbę obrazującą zmiany ilości miejsc pracy w sektorze pozarolniczym. To właśnie po niej "spodziewano się pozytywnego zaskoczenia". Zamiast dużego wzrostu liczby miejsc pracy (spodziewano się wzrostu o ponad 150 000), odnotowano wzrost jedynie o 1000. To był element, który przeważył szalę zwycięstwa na stronę podaży. Po takich danych światowe rynki kapitałowe zanurkowały, a na walutowym dolar odnotował kolejny dołek trendu spadkowego. Jak w takiej sytuacji kupować? Końcówka tygodnia należała do niedźwiedzi. Mimo to nadal należy mówić o trendzie wzrostowym. Na razie to tylko korekta.