Przyznam, że przebieg wczorajszej sesji sprawił, że mam obecnie wątpliwości, czy spadek rozpoczęty tydzień temu będzie większy niż to, co zostało osiągnięte w ubiegły czwartek rano. Innymi słowy, wczorajsza sesja zmieniała częściowo moje nastawienie do rynku i już nie obstaje twardo przy tezie, że rynek zjedzie pod poziom 1603 pkt. Nie mówię, że jest to niemożliwe, lecz do tej pory sądziłem, że jest to najbardziej prawdopodobny scenariusz. Teraz już takiego znaczenia bym nie przypisał. Co wpłynęło na tę zmianę?

Przeanalizujmy ciąg zdarzeń. Wtorek ubiegłego tygodnia kończy się spadkiem cen, ale te nadal przebywają w obrębie konsolidacji. Potem mamy środę z luką bessy i dynamicznym spadkiem cen. Minimum osiągamy w czwartek, ale ta sesja kończy się już wzrostem. Podobnie jak dwie kolejne. Układ świec sygnalizuje, że możliwy jest dalszy spadek. Wspomniane trzy sesje wzrostu nie wyciągnęły cen nad połowę środowo-czwartkowego zjazdu. Faktycznie, we wtorek ceny ponownie spadają. Mamy zatem wybicie z konsolidacji i ruch powrotny, w ramach którego nie udało się zanegować sygnałów sprzedaży. Można było przypuszczać, że rynek powróci do spadków, które sprowadzą nas na nowe minima.

Wczoraj notowania zaczęły się nisko, ale nie zobaczyliśmy nowych minimów. Spadek został szybko zatrzymany na poziomie 1613 pkt. Po otwarciu rynku kasowego zaatakował popyt. Właściwie to słowo "zaatakował" jest tu postawione nieco na wyrost. Bo popyt nie był wcale wielki i o poważnym ataku trudno mówić. Niemniej ceny szybko wzrosły o 20 pkt i ich poziom utrzymał się aż do końca sesji. Brak oczekiwanego spadku jest powodem zmiany w postrzeganiu rynku. A błąd w czasie notowań? Tego to już się nawet komentować nie chce. Nasza giełda zmienia się w bazar.