Właściwie to już nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Chodzi mi o ostatnie głosowanie dotyczące przyjęcia nowej ustawy o VAT. O tym, że ten rząd nie ma większości, wiemy już od jakiegoś czasu. Dokładnie od momentu, kiedy poseł Jagieliński zażądał kilku stołków dla ludzi związanych z jego kołem poselskim. Dotychczas jednak rząd mógł liczyć, przynajmniej zazwyczaj mógł liczyć, na głosy swojego bezpośredniego zaplecza, czyli SLD. Oto jednak tydzień temu okazało się, że nawet tu zaczyna dochodzić do zgrzytów.
Oficjalnie kilku posłów się spóźniło, co zaowocowało przyjęciem niekorzystnych - z punktu widzenia rządu - rozstrzygnięć. W praktyce chyba jednak nie tylko o spóźnienie chodzi, o czym nie omieszkali wspomnieć nawet niektórzy przedstawiciele Sojuszu. Wszystko ma naprawić Senat. Pewnie naprawi.
Inna sprawa, to czy rzeczywiście trzeba naprawiać to, co zepsuł Sejm. Opinie są różne, jak choćby w kwestii odliczania VAT od samochodów osobowych kupowanych przez firmy. W wielu krajach takie rozwiązanie ma na celu zwiększenie popytu. Jeśli w Polsce nastąpiłby wzrost sprzedaży aut, strata z tytułu odliczenia VAT mogłaby być zniwelowana. Więcej samochodów to, na przykład, większe zyski dealerów, to więcej sprzedanego paliwa czy też akcesoriów itd. A więc w konsekwencji odpowiednio wyższe wpływy z podatków. Problem w tym, że nie bardzo jest jak oszacować czy, a jeśli tak, to jak mocno zadziała ten efekt. A sytuacja budżetu jest taka, jaka jest, trudno więc o eksperymenty.
Zastanawia mnie jednak co innego. Ten rząd, choć w nieco innym składzie, walczył przed dwoma laty o spadek wartości złotego. Odniósł sukces (złośliwi mówią, że jedyny). Pamiętam słowa wicepremiera Kołodki, który namawiał do kupowania walut, bo "tańsze już nie będą". W przypadku euro czy też franka szwajcarskiego, proroctwo się spełniło. Jeżeli chodzi o dolara - nie. W sumie jednak skuteczność prognozy jest wysoka. Słaby złoty miał być panaceum na polski eksport. Eksport rzeczywiście ruszył, ba, w grudniu możemy nawet mówić o boomie (pytanie, czy będzie on kontynuowany, czekamy pilnie na dane styczniowe) i wysoki kurs euro do złotego ma w tym z pewnością swój udział. Wzrost eksportu był motorem polskiej gospodarki. To głównie za względu na wysoką dynamikę sprzedaży za granicę przekroczyliśmy pod koniec roku 4% wzrostu PKB. Tu dochodzę do sedna, a mianowicie do pytania dość przewrotnego: Czy SLD aby na pewno chce umocnić polską walutę? Czy aby nie osłabia złotego, licząc na to, że jeszcze wyższe kursy pomogą ożywić gospodarkę?
Afery, korupcja, dymisje, opóźnienia w realizacji planu naprawy finansów publicznych, coraz większe tarcia w samej partii, to wszystko z pewnością złotemu nie pomaga. Niemal każdy dzień przynosi nam coś ciekawego. Ostatnio mieliśmy dość jednoznaczną deklarację w sprawie kandydatury Jolanty Banach na szefa SLD (nie kryła swojej niechęci do cięć socjalnych, nie ma się więc co dziwić, że rynek jej kandydatury nie przyjął z optymizmem). Potem głosowanie w sprawie VAT, pokazujące brak akceptacji dla rządowych pomysłów. Może to jest nowa taktyka progospodarcza? Mamy zresztą niezłe wzorce, oto bowiem od dłuższego czasu, tak wynika przynajmniej z deklaracji, administracja amerykańska prowadzi politykę silnego dolara. Jakie są skutki, widzimy (pobudzenie amerykańskiej gospodarki przyda się przed wyborami prezydenckimi). Z tym, że tam taktyka sprowadza się do braku działań mających USD umocnić. U nas prowadzi się aktywną działalność na rzecz osłabienia waluty krajowej.