Każda gospodarka potrzebuje ładu prawnego sprzyjającego aktywności przedsiębiorców i pracowników. Jednym z istotnych jego segmentów jest prawo regulujące podatki. Adam Smith, a potem inni autorzy, wymieniali pożądane cechy podatków, takie jak powszechność obowiązku podatkowego czy równe traktowanie podatników. Dziś istnieje wiele poglądów na ten temat. Osobiście preferuję trzy cechy podatków: prostotę, niski poziom oraz stabilność. Prostota to nie tylko łatwość obliczania zobowiązania, ale jednocześnie ograniczenie pola dla arbitralnych decyzji urzędników skarbowych. Prostota to także mała liczba rodzajów podatków i mała liczba stawek w każdym rodzaju podatku. Niskie podatki są korzystne dla gospodarki. Oczywiście, ich poziom jest ostatecznie wyznaczony przez poziom wydatków budżetowych. Gdyby podatki były nieskomplikowane i niskie, ani przedsiębiorcy, ani pracownicy nie byliby zainteresowani w ich zmianie.

Zmiany w podatkach, czyli ich niestabilność, są ulubionym zajęciem polityków. Dzięki nim mamy system podatkowy zaprzeczający wszystkim wymienionym cechom. Jest on skomplikowany. Rodzajów podatków bezpośrednich jest dziewięć, pośrednich, poza trzema głównymi - VAT, akcyzą i podatkiem od gier - jeszcze kilka w postaci parapodatków narzucanych na przedsiębiorstwa. Istnieje wiele rodzajów ulg podatkowych. Stawki podatkowe, progi, które decydują o stawce obowiązującej podatnika, warunki, od których zależą ulgi, wszystko to jest nieustannie zmieniane. Nie było w ostatniej dekadzie roku bez zmian podatkowych. Niestety, w zdecydowanej większości przypadków są one zmianami na gorsze.

Mamy więc podatki skomplikowane, wysokie i nieustannie zmieniające się. Jakby tego nieszczęścia było mało, rząd pożycza od sektora prywatnego, od gospodarstw domowych i firm, co roku coraz większe kwoty. Nie dlatego, że chce, ale dlatego, że nie radzi sobie z bilansowaniem wydatków z dochodami. Nie radzi sobie dlatego, że nie potrafi kontrolować ani struktury, ani dynamiki wydatków budżetowych. W rezultacie proces narastania długu publicznego znalazł się także poza kontrolą rządu. Gdyby tak nie było, rządowy program nazywany programem "racjonalizacji finansów publicznych" nie dopuszczałby do dalszego zwiększania stosunku długu publicznego do produktu krajowego, do poziomu ocierającego się o granicę katastrofy finansowej.

Proces pogarszania jakości budżetu dokonuje się od dawna. Niektórzy ministrowie finansów próbowali, co prawda, nakreślić kierunki właściwych zmian, ale wszystkie pomysły były ostatecznie torpedowane. Nie stworzono trwałych wzorców systemu i polityki fiskalnej, do których praktyka powinna się zbliżać. Które powinny pokazywać ograniczenia przy opracowywaniu projektu kolejnego, rocznego budżetu. Ograniczenia nie wynikające z bieżących trudności finansowych rządu, lecz z nakazu poprawiania finansów publicznych w sposób systematyczny i konsekwentny. Bez możliwości odwoływania się do docelowej wizji finansów publicznych każda zmiana w projekcie rocznym wydaje się dopuszczalna. W rezultacie co roku obserwujemy coś, co przypomina raczej happeningi fiskalne niż poważną debatę. Jednego dnia przedstawiciel rządu deklaruje coś, z czego wycofuje się nazajutrz. Trudno nie zauważać, że samą Radę Ministrów rozdzierają wzajemnie sprzeczne interesy resortowe. Przenoszą się one na zaplecze polityczne rządu, które zamiast być wsparciem dla rządu, konkuruje z nim w inicjatywach budżetowych. W rezultacie polityka fiskalna nie jest podporządkowana jakiejś myśli przewodniej, lecz dryfuje.