Żyje, i to nieźle, za nasze pieniądze. Dorabia przy tym na boku (nie wybrzydza: bierze reklamy jak leci). Mimo to skarży się coraz głośniej, że dostaje za mało. Ostatnio znowu zapowiedziała, że będzie się starać, aby lepiej pilnowano tych, co się migają i nie chcą na nią łożyć.
Ja ją rozumiem. Może potrzebuje na podwyżki. Może znowu rozrastają się w niej rozmaite klany, nie tylko Złotopolskich. Może chce ściągnąć kilka nowych gwiazd, bo przecież widzi, jak błyszczą jej własne (wyjąwszy Magdę Mołek, oczywiście). Może wreszcie potrzeba jej trochę grosza na kolejną biesiadę albo występ Marcina Dańca, zanim z kilkoma równie śmiesznymi postaciami wyjedzie wreszcie na Bezludną Wyspę.
Żeby było jasne: płacę telewizyjny haracz (swoją drogą, ciekawe, czy nie można by go uznać za formę niedozwolonej pomocy publicznej?). Płacę, bo jestem legalistą, ale zgrzytam przy tym zębami. Podobnie jak na widok prezenterek, które kojarzą mi się z reklamami, ich synów (a może córek, sam już nie wiem, bo firma, choć państwowa, mogłaby równie dobrze uchodzić za familijną), prezentera o dykcji sepleniącego przedszkolaka czy publicysty wyciągniętego z magazynu rekwizytów stanu wojennego.
Czasem zadaję sobie pytanie, dlaczego płacimy specjalny podatek tylko na jedną firmę? To chyba jedyny tak bardzo "celowy" haracz, obowiązujący w naszym kraju. Zastanawiam się też, kiedy po to sprawdzone narzędzie postanowią sięgnąć inni.
Ożywienie gospodarcze pomogło wielu firmom. Wciąż nie brak jednak przedsiębiorstw, ba nawet całych branż, które znajdują się w zapaści. Dla nich to byłoby jakieś rozwiązanie: abonament węglowy, kolejowy, pocztowy, policyjny (dla karanych mógłby być wyższy niż dla tych, którzy na co dzień nie zaprzątają uwagi wymiaru sprawiedliwości), czy zbrojeniowy. To są sektory i instytucje, które w istocie pełnią misję społeczną (miejsca pracy, działalność o charakterze użyteczności publicznej itd., itp.), a nie opowiadają ludziom banialuków w 500. odcinku kolejnej telenoweli.