Patrząc na wykres można dojść do wniosku, że faktycznie na wczorajsze sesji nie działo się nic ciekawego. W gruncie rzeczy można tak przyjąć, choć zdarzały się przebłyski.
Jednym z ciekawszych momentów było samo otwarcie notowań. Kontrakty zaczęły od wysokiego C. Poniedziałkowy wzrost w Stanach skłonił inwestorów do zakupów. To spowodowało 9-pkt zwyżkę. Optymizm jednak nie był na tyle duży, by kontynuować wzrost. W ostateczności poziom otwarcia został poziomem maksimum sesji.
Jeśli już mowa o nastrojach na rynku terminowym, to wczorajsza sesja potwierdziła, że optymistów wśród graczy na kontraktach nie jest wielu. To właśnie obóz pesymistów przeważał. Widać to było choćby po braku reakcji rynku kontraktów na wykreślanie przez indeks nowego lokalnego maksimum. Rekordy nie robiły wrażenia, a wielkość bazy spadła do zera. Dopiero w końcówce notowań ponownie przybrała wartości dodatnie.
Co się za tym kryje? Na pierwszy rzut oka fakt, że atak indeksu na szczyty nie przyniósł efektu może sugerować, że popyt nie jest wystarczająco mocny, by wyciągać ceny wyżej. Tak było m.in. na przełomie lutego i marca. Różnica jest jednak taka, że wtedy nastroje były zdecydowanie prowzrostowe. Obecnie na rynku panuje zniechęcenie oraz zwątpienie z możliwości byków. Wiadomo, że większość nie ma racji.
Praktycznie od początku roku analiza nastrojów na rynku terminowym była bardzo pomocna w określaniu przyszłego trendu. Trzeba było jedynie zakładać, że większość nie ma racji, a więc przewaga optymistów sugerowała spadek cen. Jeśli założyć, że i tym razem jest podobnie, to tak duży pesymizm stawia spadek cen pod dużym znakiem zapytania. Kto ma mocno sprzedawać, skoro wielu już to zrobiło? Wątpliwości są pożywką dla trendu. Tym razem wzrostowego.