W ramach primaaprilisowych żartów, Tuwim i Słonimski przedstawili kiedyś pomysł na zabawienie publiczności zagadką rachunkową. Chodziło o to, jak z sumy dwa plus dwa zrobić pięć. Otóż radzili, aby na chwilę odwrócić uwagę widzów, podrzucić jedynkę i w ten sposób zaskoczyć wszystkich niespodziewanym wynikiem. Jedno z naszych ministerstw (nie podam nazwy, aby go nie reklamować) miewa na sezon ogórkowy podobny pomysł. Chce mianowicie sprzedawać bankom skarbowe papiery wartościowe, nie zmniejszając przy tym możliwości banków w kredytowaniu przedsiębiorstw. Jest to ponoć możliwe dlatego, że banki "i tak mają nadpłynność". Osobom nie interesującym się nadpłynnością banków wyjaśniam, że w Polsce oznacza to sumę ulokowaną przez banki komercyjne w bonach pieniężnych NBP. Czyli są to pieniądze, których banki już nie mają. Już je zamieniły na papiery wartościowe banku centralnego. Ale, zdaniem ministerstwa, banki mimo to mogą je użyć do kredytowania przedsiębiorstw. Pomysł ministerstwa opiera się na takiej samej podstawie, na jakiej Tuwim i Słonimski oparli swój żart: i tam, i tu chodzi o odwrócenie uwagi publiczności od rzeczywistego przebiegu zdarzeń.
Wiele osób rzeczywiście myśli sobie tak: skoro banki mają nadpłynność, to znaczy, że mają wolne środki i czekają, żeby ktoś chciał je pożyczyć. Rząd wciąż pożycza i pożycza i to coraz więcej, a banki ciągle mają nadpłynność. Mają ją, bo przedsiębiorstwa zaciągają za mało kredytów. Gdyby nie apetyty pożyczkowe rządu, nadpłynność banków byłaby jeszcze większa. Jeśli ktoś tak naprawdę myśli, to znaczy, że dowcip udał się ministerstwu. Bo naprawdę jest inaczej. To, że bank centralny absorbuje część środków banków komercyjnych, czyli pożycza pieniądze od tych banków, jest związane z regulowaniem ilości pieniądza w gospodarce. NBP pożycza od banków komercyjnych, gdy w gospodarce jest więcej pieniędzy niż potrzeba do normalnego funkcjonowania i rozwoju podmiotów gospodarczych. Gdyby pieniędzy było więcej, wywoływałyby wzrost cen. Do Polski, od wczesnych lat dziewięćdziesiątych, zaczęły napływać waluty zagraniczne dość szerokim strumieniem. Były one wymieniane na złote, co zmuszało NBP do emitowania krajowego pieniądza. Ten dodatkowy krajowy pieniądz nie był uzasadniony procesami gospodarczymi występującymi w Polsce, był to zatem pieniądz inflacyjny. Bank centralny musiał go więc absorbować i robił to poprzez sprzedaż bankom bonów pieniężnych. Mógł to robić inaczej, na przykład podwyższając i tak już bardzo wysokie rezerwy obowiązkowe. Ale to pogarszałoby sytuację banków, a więc i klientów banków. Sprzedaż bankom bonów pieniężnych stanowiło lepszy sposób chronienia gospodarki przed nadmierną ilością pieniądza. Przez wiele lat NBP absorbował w ten sposób poważną sumę nadpłynności banków komercyjnych. Dziś są to już niewielkie kwoty, ale jeszcze są.
Jest oczywiście zasadnicza różnica między pożyczkami zaciąganymi w bankach komercyjnych przez bank centralny a zaciąganymi przez rząd. Bank centralny pożycza pieniądze, aby nie poszły one na rynek, gdzie skutkowałyby inflacyjnie. Rząd natomiast pożycza, aby wydać na rynku.
Twierdzenie ministerstwa, że gdy rząd pożycza, to nie ogranicza możliwości inwestycyjnych przedsiębiorstw, bo banki mają nadpłynność, nazwałem żartem. Muszę dodać, że jest to żart z gatunku czarnego humoru. Bo gospodarce polskiej bardzo potrzebne są inwestycje przedsiębiorstw w rozwój i unowocześnianie zdolności wytwórczych. Wszystkie takie inwestycje wiążą się z jakimś ryzykiem. Tym przedsiębiorstwom, które bardziej od innych boją się ryzykować inwestowaniem w zdolności wytwórcze, rząd proponuje: kupcie nasze bezpieczne i wysoko oprocentowane papiery skarbowe, a my to natychmiast wydamy na potrzeby bieżące. W ten sposób zniechęca przedsiębiorstwa do tworzenia nowych miejsc pracy. I żadna żonglerka pojęciem nadpłynności banków nie przesłoni tej przygnębiającej prawdy.