Po latach starań i doświadczeń z tuzinem samochodów, dopiąłem swego. Z wielką fantazją udało mi się urwać tłumik i rurę wydechową. Dokonałem tego wielkiego dzieła w szczerym, mazowieckim polu. Stanąłem, a właściwie położyłem się na wysokości zadania (czyli na betonowej płycie, o którą zahaczyłem podwoziem) i zdemontowałem całe ustrojstwo. Z braku innych możliwości, to, co pozostało z rury wydechowej, podwiązałem do podwozia ozdobnym sznurkiem z pamiątkowego opakowania Rosenthala wiezionego przypadkiem w bagażniku. I, starając się ryczeć jak najciszej, wróciłem do domu. Tak o tym wspominam, żeby było ciekawiej... A co takie pomieszanie prowizorki i fantazyjnego stylu ma wspólnego z rynkiem? Ano, ma. Niestety.
Bo wyobraźcie sobie Państwo, że ktoś Wam sprzedaje autko w takim właśnie stanie. Z, a jakże, stylową tasiemką od Rosenthala na rurze wydechowej. I z pomrukiem godnym bolida Formuły 1. I z tekstem, że właśnie tak ma być. Ba, rycząc na całe gardło, że będzie jeszcze lepiej. Oczywiście, do czasu, aż stylową tasiemkę licho weźmie, o czym jednak już tak głośno się nie ryczy... Nie wiem dlaczego, ale metody picowania samochodów przy ich sprzedaży jakoś dziwnie przypominają mi przygody inwestorów (na świecie, rzecz jasna). I tak się znów zastanawiam, gdzie jest ta cienka, czerwona linia odgradzająca agresywny marketing giełdowy od wciskania kitu... Szpachlowego kitu, który zaczyna pękać dopiero po jakimś czasie, gdy samochodem jeździ już zadowolony nowy właściciel. Bo jak coś tam walnie, jak kit zacznie nagle wyłazić spod pięknego lakieru, to przecież można zwalić winę na sprzedawcę kitu, że nie uprzedził, że to tylko na jakiś czas... A poza tym, lato takie jakieś w tym roku, że i kit schnie szybciej niż zakładano...
Jak wynika z niedawnego badania Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych, ledwie 6% ankietowanych uznało politykę informacyjną spółek za kompletną. Zupełnie realne dramaty nabywców akcji niektórych spółek sprawią zapewne, że oceny te jeszcze bardziej się pogorszą. Rozgoryczenie inwestorów, którzy tracą swoje pieniądze, mimo wcześniejszych świetlanych prognoz, jest zrozumiałe. Zresztą rozgoryczenie to byłoby pewnie jeszcze większe, gdyby do większości klientów funduszy inwestycyjnych i emerytalnych docierał fakt, że także oni są inwestorami giełdowymi. I że, po trosze, to również ich pieniądze chudną razem ze spadkiem kursu spółek. Ale, że ten oczywisty fakt nie jest zapewne uświadamiany przez wielu klientów, to i rozgoryczenie mniejsze. Ale problem etyczny przez to jeszcze poważniejszy.
Analityk, komentator czy dziennikarz giełdowy to zajęcia może nie do końca wdzięczne, ale, odnoszę wrażenie, chyba niedoceniane i niedowartościowane przez samych ich niektórych wykonawców. Bo przecież to nie tylko wyzwanie intelektualne, ale także etyczne. Indywidualny inwestor w praktyce stoi przed szalenie trudnym zadaniem, chcąc ocenić, co jest okazją, a co inwestycyjnym bublem. Jedyna pomoc, jakiej może oczekiwać, to raporty analityczne, uwagi komentatorów czy dziennikarskie opisy. Ludzie czekają na informacje. Ludzie tym informacjom ufają. I nie wolno ich zawieść. Tymczasem droga od profesjonalizmu (analitycznego, komentatorskiego i dziennikarskiego) do zwykłego "wciskania kitu" jest bardzo krótka - wystarczy przecież "nie zauważyć" choćby jakiegoś ryzyka, skupiając się tylko na szansach. Takie małe coś, a jaka różnica... Co bolesne szczególnie, to kwestia wpływu owych analiz i opisów na innych ludzi z tej samej branży - tych, którzy decydują, co i kiedy kupić, albo sprzedać, zajmując się cudzymi portfelami. I mowa nie tylko o wpływie faktycznym - zarządzający umieją przecież sami myśleć. No właśnie, umieją myśleć i dlatego raporty czy opisy mogą służyć jako podkładka. Wygodna, bo usprawiedliwiająca decyzje, o których bez niej pewnie czasem nawet trudno byłoby poważnie samodzielnie pomyśleć.
Ale wszędzie na świecie zarówno instytucje finansowe, jak i analitycy czy media są zakładnikami klientów i pracodawców. Stanowcze wypowiedzi są więc rzadkością, a szczere - zapewne niebywałym unikatem. Szczerość na rynku wydaje się bowiem graniczyć z szaleństwem. Bo to przecież milczenie jest złotem. W przypadku rynku kapitałowego milczenie jest złotym. Złotym środkiem na zarabianie fury złotych. Ze szkodą dla tych, którzy nie do końca zdają sobie sprawę z tego, kto, kiedy, z kim i o czym milczy. Milczenie jest złotym. A to złoty, a nie szlachetne idee, panuje na rynku...