Reklama

Kan wierzy w rosyjski rynek

Z Józefem Kapitańczykiem, prezesem i większościowym udziałowcem spółki odzieżowej Kan, rozmawia Łukasz Wójcik

Publikacja: 05.08.2004 07:40

Jak zaczęła się Pana przygoda z biznesem odzieżowym?

Kan istnieje od 15 lat. Rozpoczął działalność od produkcji skór. Potem wytwarzał odzież dla odbiorców z zagranicy. Ze względu na rosnące koszty takiej działalności i chęć kreacji własnego brandu w 1997 r. podjęliśmy decyzję o utworzeniu marki Tatuum. Na początku była to jednak tylko sprzedaż hurtowa, dwa lata później powstał pierwszy sklep.

Ile sklepów ma teraz sieć i ile jeszcze zamierzacie ich otworzyć?

W tej chwili mamy 19 sklepów w Polsce i 7 za granicą: w Moskwie, Pradze i na Węgrzech. W tym roku powstanie kolejny sklep w Moskwie i dwa w Warszawie. W ciągu następnych dwóch lat planujemy otworzyć około 14-15 placówek. Najwięcej powstaje ich w dużych centrach handlowych.

Ile kosztuje otwarcie sklepu i po jakim czasie ta inwestycja się zwraca?

Reklama
Reklama

Zaadaptowanie, a także wyposażenie sklepu to około 1,5-2 tys. zł za metr kwadratowy. Do tego oczywiście dochodzi koszt towaru. Zasada jest prosta - im mniejszy sklep, tym drożej, Generalnie inwestycja zwraca się po 2-3 latach, aczkolwiek są sklepy, które zaczynają zarabiać na siebie znacznie szybciej.

Czy prowadzicie nadal hurtową sprzedaż?

Tak, jednak gros przychodów pochodzi ze sprzedaży detalicznej. Staramy się utrzymywać proporcję 20/80. Nasza odzież trafia do kilkudziesięciu odbiorców hurtowych w Polsce, a także za granicę, m.in. do Irlandii, Wielkiej Brytanii, Beneluksu, Czech, na Węgry. Ostatnio wchodzimy także na rynek rosyjski. Wiążemy z nim duże nadzieje. Już w tej chwili zatrudniamy tam 70 osób, a wszystkich pracowników Kan jest ponad 450. W sierpniu otworzyliśmy także pierwszy franchising Tatuum w Krasnojarsku za Uralem.

Będą następne?

Na razie nie planujemy rozwijać tej formy sprzedaży. Bardzo szybko marka mogłaby stracić prestiż, który budowaliśmy kilka lat.

Kan wybiera się na giełdę. Kiedy to może nastąpić?

Reklama
Reklama

Na pewno nie w ciągu najbliższych dwóch lat. Mamy już opracowaną strategię na ten okres i zapewnione finansowanie. Chcemy zaistnieć bardziej na rynkach Unii Europejskiej. Nie mamy tam jeszcze dobrze rozbudowanej sieci sprzedaży.

Skoro w ciągu dwóch lat zamierzacie otworzyć nowe sklepy, zaistnieć na rynkach unijnych - to po co wchodzić na giełdę?

Jest jeszcze wiele do zrobienia. W ogóle nie jesteśmy obecni w mniejszych miastach. Chcielibyśmy także rozwijać sprzedaż hurtową i detaliczną. Niewykluczone także, że powstaną sklepy na Zachodzie.

Wspominał Pan, że spółka ma zapewnione finansowanie na dwa lata. Z jakich źródeł będą pochodzić pieniądze?

Te kilkanaście sklepów otworzymy ze środków z kredytów, leasingów, a także reinwestując zyski. Muszę dodać, że do tej pory nie wypłacaliśmy dywidendy.

A jakie jest zadłużenie firmy?

Reklama
Reklama

Bezpieczne. Mamy jeszcze rezerwy. Nie korzystaliśmy ze wszystkich instrumentów dłużnych, które są na rynku.

Kto jest waszym największym konkurentem w Polsce?

Trudno powiedzieć. Teraz wszyscy konkurują ze wszystkimi. Nie ma bezpośrednio podobnej marki do naszej. Kierujemy naszą odzież do szerszego, niż inne firmy, adresata.

W takim razie, czy jest jeszcze miejsce na rynku dla nowych marek?

Myślę, że tak. Weszliśmy do Unii Europejskiej, a to może zachęcić wiele przedsiębiorstw z Europy Zachodniej, których jeszcze nie ma w naszym kraju.

Reklama
Reklama

Czy w swojej strategii, wzorem spółek giełdowych takich jak LPP czy Redan, myślicie o jakichś przejęciach albo stworzeniu nowego brandu?

Na pewno nie w ciągu najbliższych dwóch lat. Być może po wejściu na giełdę. Przewidujemy, że znajdą się atrakcyjne marki na sprzedaż. Teraz jednak chcemy się skupić na budowaniu własnej, bo jest jeszcze wiele do zrobienia.

Ubiegły rok był trochę gorszy w działalności firmy. Dynamika przychodów nie była tak wysoka, jak w poprzednich latach. Spadły zyski. Co się stało?

To wynikało z potrzeby konsolidacji i stabilizacji po inwestycjach w 2002 roku. Szybki rozwój spowodował takWejście Polski do Unii Europejskiej wprowadziło wiele zawirowań w branży. Od 1 maja obowiązują kontyngenty na import odzieży spoza Unii Europejskiej. Firmy kupowały towar na zapas, co odbiło się na ich wynikach za pierwsze półrocze. Jak jest w Waszym przypadku?

Rzeczywiście, nawarstwiło się kilka dostaw w bardzo krótkim czasie. Jednak tylko miesiąc wcześniej niż zwykle sprowadziliśmy część kolekcji jesiennej. Wydatki na odzież od stycznia do maja wyniosły 18 mln zł. Rok wcześniej były o 6,5 mln zł mniejsze. Sprzedaż w tym okresie wzrosła prawie o 35%, do 45,2 mln zł. Wszystko jednak wraca do normy. Udaje nam się także uzyskiwać wydłużone terminy płatności, dlatego wprowadzanie kolekcji nie jest dla nas takim dużym obciążeniem jak przed kilkoma laty.

Reklama
Reklama

Tegoroczna pogoda nie rozpieszcza branży odzieżowej. Zimna wiosna i lato nie są chyba sprzyjające dla Kanu.

Jak już wcześniej mówiłem, notujemy wzrost sprzedaży. Gdyby pogoda była ładniejsza, mogłoby być jeszcze lepiej.

Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama