Ani prezydent George W. Bush, ani kandydat Demokratów John Kerry nie mają skutecznego programu zmniejszenia tego ryzyka. Redukcja deficytu źle sprzedaje się na przedwyborczych wiecach, i to bez względu na rosnące niebezpieczeństwo - napisał w niedawnej nocie do inwestorów Stephen Roach, główny ekonomista w Morgan Stanley.
Obaj kandydaci za bardzo liczą na to, że dynamiczny wzrost gospodarczy wystarczy, by za cztery lata o połowę zmniejszyć deficyt budżetowy sięgający 445 mld USD. Dlatego żaden z nich nie proponuje cięć w wydatkach. Co więcej, obaj prezentują takie programy, które będą kosztowały budżet po 1,3 bln USD w ciągu najbliższych 10 lat.
Kerry chce wycofać wprowadzone przez Busha ulgi podatkowe dla rodzin o rocznym dochodzie przekraczającym 200 tys. USD, ale zaoszczędzone pieniądze zamierza przeznaczyć na zwiększone zasiłki zdrowotne, wydatki zbrojeniowe i pomoc dla oświaty. Bush chce utrzymać wszystkie ulgi podatkowe i zamrozić wydatki, ale poza zbrojeniami i bezpieczeństwem wewnętrznym.
Jedną z przyczyn, dla których ani Bush, ani Kerry nie muszą w kampanii zajmować się redukcją deficytu budżetowego, jest zupełny brak zainteresowania wyborców tą kwestią. Amerykanie obawiają się terroryzmu, martwi ich Irak, liczą na wzrost gospodarczy, a wraz z nim na zwiększenie liczby miejsc pracy, których wciąż jest o 1,2 mln mniej niż na początku kadencji Busha.
W lipcowym badaniu opinii publicznej przeprowadzonym przez Pew Research Center zaledwie 1% potencjalnych wyborców wymieniło deficyt jako ważną kwestię. W podobnej ankiecie w 1992 i 1996 r. było ich 7%.