Kiedy cena baryłki gatunku Brent zbliżała się na giełdzie w Nowym Jorku do 50 USD, analitycy straszyli zwiększającą się inflacją. Żeby z nią walczyć, banki centralne zmuszone byłyby do podnoszenia stóp procentowych. Z jednej strony prowadziłoby to do zwiększenia kosztów finansowych przedsiębiorstw, z drugiej zwiększało atrakcyjność inwestycji w obligacje (wyższa rentowność). Obydwa te czynniki były groźne dla rynku akcji.
Nie minął tydzień i sytuacja odwróciła się o 180 stopni. W ciągu pięciu sesji notowania ropy spadły o około 15%. Cena baryłki znalazła się w okolicach 43 USD (na giełdzie w Londynie obniżyła się do 40 USD). To może być sygnał, że światowa gospodarka nie będzie się już tak szybko rozwijać, zatem spółki giełdowe będą miały kłopoty z zarabianiem pieniędzy. Dodatkowo gwałtowne skoki notowań ropy sprawiają, że inwestorzy nie są skłonni podejmować jednoznacznych decyzji. Jeśli nałożyć na to końcówkę sezonu urlopowego, to okaże się, że handel na najważniejszych rynkach jest mało intensywny.
Ropa złamała trend
Wracając do ropy - można odnieść wrażenie, że najlepiej byłoby, gdyby jej notowania stały w miejscu. Rzeczywiście, w krótkim terminie stabilizacja jest dość prawdopodobna. Wykres przełamał dwumiesięczną linię trendu wzrostowego. Do takiej sytuacji dochodziło w tym roku już dwukrotnie i w obydwu wypadkach mieliśmy chwilowe uspokojenie na rynku. Później notowania spadały. Choć można mieć wątpliwości, czy schemat ten się powtórzy, to po złamaniu wzrostowej linii trendu zwyżka ponad granicę 50 USD jest w najbliższym czasie mało prawdopodobna.
S&P 500 - od bandy