Reklama

Popyt na ropę wciąż rośnie

Splot negatywnych czynników i psychologia wyniosły notowania ropy do rekordowo wysokich poziomów - tak brzmi korzystna dla konsumentów opinia specjalistów. Ale niektórzy uważają, że zmiany na rynku mają charakter strukturalny i czasy taniego surowca bezpowrotnie minęły.

Publikacja: 02.10.2004 08:41

Parę dni temu na New York Mercantile Exchange za baryłkę lekkiej ropy arabskiej po raz pierwszy w historii płacono ponad 50 USD. Na Międzynarodowej Giełdzie Paliwowej w Londynie, gdzie handluje się ropą Brent z dna Morza Północnego, ceny też pobiły rekord.

Ropa po 80 dolarów?

Przeciętne ceny ropy w tym roku wynoszą w USA 39 USD za baryłkę i nigdy nie były wyższe. Ale tylko nominalnie. Bo jeśli uwzględnić zmianę siły nabywczej dolara, w historii był okres, gdy za surowiec trzeba było płacić prawie dwa razy więcej niż dziś. Tak było w czasie drugiego szoku naftowego, będącego następstwem wojny iracko-irańskiej i detronizacji szacha Iranu, do której doszło w 1979 r. Zaniepokojone sytuacją państwa OPEC podniosły wtedy cenę baryłki do 30 USD. Według Departamentu Energii USA, średnia cena baryłki płacona przez amerykańskie rafinerie w 1981 r. wynosiła 35,24 USD. To odpowiada obecnej cenie w wysokości 73 USD. Analitycy szacują, że notowania surowca momentami dochodziły nawet do "dzisiejszych" 80 USD.

W ujęciu realnym ceny ropy obserwowane obecnie, odpowiadają z grubsza poziomowi z czasów pierwszego szoku naftowego, który miał miejsce w latach 1973-1974. Wywołała go redukcja wydobycia surowca i embargo na jego dostawy do USA i państw popierających Izrael, nałożone przez państwa arabskie po zakończeniu wojny arabsko-izraelskiej. Po raz ostatni gwałtowny, ale krótkotrwały, skok cen ropy obserwowano na początku lat 90., w przededniu pierwszej wojny w Zatoce Perskiej.

Szoki naftowe z lat 70. wywoływały globalny kryzys w gospodarce i napędzały inflację do dwucyfrowego poziomu. Teraz, mimo że ceny są wysokie, nic takiego nie powinno nastąpić. - Jest to hamulec, ale hamulec do zniesienia - oceniają ekonomiści. Szacują np., że w przypadku najbogatszej gospodarki amerykańskiej tempo wzrostu w przyszłym roku wyniesie 3,5%, a nie zakładane wcześniej 4%. Niemal za każdym razem eksperci jednak dodają - "jeśli ceny ropy nie będą dalej rosnąć". A to nie jest takie pewne.

Reklama
Reklama

Popyt coraz większy

Na początku roku baryłka ropy w Nowym Jorku kosztowała 30 USD. Gdy w połowie lipca cena przekraczała 40 USD, wielu obserwatorów rynku było gotowych się założyć, że wkrótce padnie niewyobrażalna wcześniej granica 50 USD. Gdy zaś notowania zbliżyły się do tego poziomu, pojawiły się głosy, że 60 USD za baryłkę jest tylko kwestią czasu.

Notowania tego nośnika energii pozostają w trendzie wzrostowym już od końca 2001 r. Presja na wzrost cen jest efektem przede wszystkim zwiększającego się popytu. Coraz więcej ropy potrzebuje dość szybko rozwijająca się gospodarka amerykańska. Główny impuls pochodzi jednak z Chin i Indii. Te dwie rodzące się potęgi gospodarcze zwiększają zapotrzebowanie na energię w oszałamiającym tempie. W ciągu dwóch lat import ropy do Chin wzrósł w przybliżeniu o dwie trzecie. Kartel producentów OPEC, który odpowiada za ok. 36% światowych dostaw ropy, ocenia, że globalny popyt na ropę w tym roku wyniesie 81,58 mln, a w przyszłym 83,32 mln baryłek dziennie. Kartel podniósł prognozy dwa tygodnie temu - nieznacznie, odpowiednio o 0,4 mln i 0,48 mln baryłek.

Systematycznie rosnący popyt na ropę nie tłumaczy jednak, dlaczego jej ceny w ciągu zaledwie siedmiu tygodni (29 czerwca - 19 sierpnia) oszalały, szybując w górę o jedną trzecią. Co się więc stało?

Moda na złe wiadomości

Ostatnie miesiące były dla uczestników rynku ropy wyjątkowo pechowe. Złe informacje spływały - i nadal spływają - praktycznie ze wszystkich zakątków świata.

Reklama
Reklama

Największy niepokój budzi sytuacja w Iraku. Kraj ten ma ok. jednej dziesiątej potwierdzonych globalnych rezerw surowca. Lokuje go to na trzecim miejscu na świecie. Obecnie może dostarczać ok. 1,8 mln baryłek ropy dziennie, a przy stabilizacji politycznej i inwestycjach mógłby produkować dwa razy więcej. Działalność sabotażystów, niechętnych amerykańskiej okupacji, sprawia jednak, że eksport mocno się waha i przejściowo spada nawet o połowę. Tak np. stało się po sierpniowych atakach bojówkarzy Muktady al-Sadra na rurociągi i szyby naftowe.

Ponadto w wakacje obserwowaliśmy eskalację konfliktu między Jukosem i rosyjskimi władzami skarbowymi. Niemal codziennie pojawiały się bądź to doniesienia, że koncern ma spłacać podatkowe długi, bądź też jego groźby, że wkrótce ogłosi bankructwo i przerwie sprzedaż ropy. Los 1,7 mln baryłek dziennie, co stanowi ok. 2% światowego wydobycia, zawisł na włosku. Zresztą dotąd nic się nie zmieniło, bo sprawa nadal nie znalazła rozstrzygnięcia. Obecnie najwięcej obaw budzą dostawy Jukosu do Chin i ich ewentualne przerwanie.

Przez chwilę w centrum uwagi znalazła się Wenezuela - kraj członkowski OPEC, w tej chwili numer siedem w produkcji i numer pięć w eksporcie ropy na świecie. Powód? Zwycięstwo w połowie sierpnia antyamerykańskiego populisty prezydenta Hugo Chaveza w referendum dotyczącym jego odwołania. W oczy inwestorów zajrzał strach: co będzie, jeśli Chavez wywrze na OPEC presję, żeby nie zwiększać limitów wydobycia?

Na dodatek za Atlantykiem takiej fali huraganów, jak tego lata, nie notowano od lat. Amerykański rząd podaje, że ponad dwa tygodnie po przejściu huraganu Ivan nad Zatoką Meksykańską, skąd pochodzi jedna czwarta produkowanej w USA ropy, tamtejsze wydobycie wciąż pozostaje o 29% mniejsze niż zwykle. To tym bardziej zła wiadomość, że bieżące zapasy ropy w USA są wyjątkowo niskie, bliskie najniższego od ćwierćwiecza poziomu.

Notowania podgrzewają również doniesienia z Nigerii, gdzie rebelianci próbują przejąć kontrolę nad bogatą w ropę Deltę Nigru i wypędzić stamtąd międzynarodowe koncerny naftowe. Z tego afrykańskiego państwa, na którego terenie wydobycie prowadzą m.in. Shell (w obawie o życie pracowników część z nich spółka ewakuowała) i Total, na światowe rynki codziennie trafia ok. 2,4 mln baryłek ropy.

Premia za strach

Reklama
Reklama

Wysokiego poziomu cen nie uzasadnia jednak kluczowa dla rynku relacja popytu i podaży. Jak wynika z obliczeń Energy Intelligence Group, w lipcu globalna podaż ropy przekroczyła zapotrzebowanie o 1,8 mln baryłek dziennie. Była to największa nadwyżka od lipca 2000 r. i jednocześnie notowana czwarty miesiąc z kolei. Z miesiąca na miesiąc jest coraz większa. Czy notowania ropy nie powinny więc spadać?

Ekonomiści tłumaczą, że podstawowe prawa ekonomii w tym wypadku nie mają większego znaczenia, bo decyduje psychologia. Uczestnicy rynku panicznie boją się zakłóceń po stronie podaży, które mogą nastąpić w przyszłości. I nie jest ważne, czy stanie się to za sprawą bankructwa Jukosu, czy też wysadzenia w powietrze instalacji naftowych w Delcie Nigru czy w Iraku. Po 11 września z należytą powagą trzeba brać pod uwagę możliwość ataku terrorystów czy sabotażystów. Niektórzy szacują, że ta swoista "premia za strach" wynosi dzisiaj już 10 dolarów na baryłce ropy, a może nawet więcej.

Jason Schenker, ekonomista amerykańskiego banku Wachovia, w raporcie z początku sierpnia przewidywał, że psychoza będzie narastać ze zbliżaniem się wyborów prezydenckich w USA. Atak terrorystyczny w takim momencie z pewnością wywołałby przecież zamierzone efekty - o czym świadczy przykład ataków, do jakich doszło w marcu w Madrycie. Na razie gracze naftowego rynku zdają się tylko potwierdzać jego tezę: zdarzają się sesje, gdy nie napływają żadne istotne informacje, a notowania ropy i tak idą w górę.

Duża w tym rola spekulantów. Do tej grupy zalicza się przede wszystkim fundusze hedgingowe, ale też inne podmioty, dla których ropa istnieje tylko i wyłącznie na papierze - w odróżnieniu od koncernów naftowych czy rafinerii. Statystyki mówią, że spekulanci odpowiadają obecnie za ponad 30% obrotów na giełdach paliwowych, podczas gdy jeszcze pięć lat temu ich udział sięgał tylko 10%.

Ropa stanieje... albo i nie

Reklama
Reklama

Część ekonomistów przychyla się do twierdzenia, że to, co obecnie obserwujemy w świecie ropy naftowej, to zwyczajna bańka spekulacyjna, jaką mieliśmy pod koniec ubiegłego stulecia na rynkach akcji. "Nadal wierzymy, że ceny ropy czeka twarde lądowanie" - napisał miesiąc temu w nocie do inwestorów Frederick Leuffer, analityk banku inwestycyjnego Bear Stearns. W prognozach banku w przyszłym roku średnia cena baryłki wynosi 25 USD.

Część ekspertów, jak Larry Goldstein, szef Petroleum Industry Research Foundation, twierdzi jednak, że czasy taniej ropy definitywnie dobiegły końca. Zdaniem Goldsteina, szoki naftowe z lat 70. były wywoływane czynnikami zewnętrznymi - embargiem państw arabskich czy rewolucją irańską - i miały charakter przejściowy, natomiast tym razem mamy do czynienia z przemianami natury strukturalnej. Popyt nadal będzie się zwiększał, możliwości produkcyjne sektora naftowego są zaś na wyczerpaniu. Koncerny naftowe niechętne są nowym inwestycjom w infrastrukturę. Pamiętają gwałtowny spadek cen z lat 1997-1998, gdy właśnie prowadziły szeroko zakrojony program inwestycyjny. Dość powiedzieć, że w USA od 1976 r. nie powstała żadna nowa rafineria.

Ponadto nie wydaje się, by szybko mógł ustąpić którykolwiek z czynników, obecnie windujących w górę ceny surowca. Mogą się za to pojawić nowe. Meteorolodzy zapowiadają za Atlantykiem ostrą zimę, a tamtejsza gospodarka cieplna w znacznym stopniu opiera się na oleju opałowym, będącym pochodną ropy. Podobnie nie można wykluczyć, że fala mrozów nawiedzi Rosję.

Analitycy: akcje spółek naftowych będą drożeć

W związku ze zwyżką cen ropy w górę idą też notowania spółek z branży. We wrześniu obliczany przez Morgan Stanleya MSCI World Energy, skupiający koncerny naftowe i gazownicze, przewodził w grupie indeksów sektorowych, zyskując 7,4%. W tym samym miesiącu ropa podrożała o 17%. Indeks MSCI World wzrósł w tym czasie o 1,8%. A jeszcze w sierpniu humory posiadaczy akcji naftowych spółek nie były najlepsze - MSCI World Energy zanotował stratę w wysokości 1,5%.

Reklama
Reklama

Ceny ropy Brent utrzymujące się powyżej 26 USD za baryłkę pomogą indeksom spółek z branży naftowej przebijać wskaźniki szerokiego rynku - uważa Andrew Garthwaite, strateg z biura maklerskiego Credit Suisse First Boston w Londynie. Menedżerowie zarządzający funduszami powinni więcej pieniędzy inwestować w akcje światowych producentów ropy i gazu - twierdzi Philip Isherwood, ekspert z banku Dresdner Kleinwort Wasserstein.

To tylko dwa przykłady, ale tak samo sądzi wielu innych analityków. Citigroup podniósł niedawno cenę docelową akcji francuskiego koncernu Total aż o 13%, do 180 euro. We wrześniu papiery tego trzeciego co do wielkości producenta ropy w Europie zyskały 2,4%, kończąc miesiąc na poziomie 164 euro. W oczach ekspertów amerykańskiego banku znalazł też uznanie norweski Statoil, wyceniony na 110 koron, 16% więcej niż poprzednio. Papiery spółki we wrześniu wzrosły o 9,7%, a w piątek kosztowały 98,8 koron. Według prognoz londyńskiej firmy analitycznej JCF, zyski spółek naftowych w Europie wzrosną w tym roku o 18,5%.

W cenie są także kompanie naftowe za Atlantykiem. Exxon Mobil, spółka naftowa o największej na świecie giełdowej kapitalizacji, zyskała we wrześniu na wartości 4,8%. W sierpniu jej papiery spadły o 0,4%. Branża naftowa jest jedyną spośród 24 reprezentowanych w amerykańskim wskaźniku S&P 500, dla której w ciągu ostatnich 30 dni analitycy podnieśli prognozy zysków w III i IV kwartale.

W całym bieżącym roku kursy spółek naftowych i gazowniczych uwzględnionych w MSCI World przeciętnie wzrosły o 17%, najwięcej wśród 10 wyróżnionych branż. Cały indeks zyskał 0,5%.

Bloomberg

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama