Reklama

Dlaczego nie kupię akcji PKO BP

Część drobnych inwestorów poszkodowanych w tzw. aferze 4 lutego szykuje się do sprawy sądowej z biurem maklerskim PKO BP. Prawą ręką bank będzie się boksować z drobnymi graczami, lewą wyciągnie do nich po pieniądze

Publikacja: 19.10.2004 08:25

W Polsce łatwo odnosi się sukcesy. Niektóre wydają się tak nieuniknione, że bywają już zawczasu konsumowane. Tak jak z ofertą PKO BP. Właściwie jeszcze się na dobre nie zaczęła, a już wszyscy liczymy zyski.

Tymczasem jest w niej kilka niepokojących elementów. Po pierwsze, nie wiem, dlaczego ofertę PKO BP nazywa się prywatyzacją. W dalszym ciągu pakiet większościowy będzie w ręku państwa. Bank pozostanie firmą państwową, tak jak w dalszym ciągu są nimi KGHM i PKN Orlen. W obydwu firmach co pewien czas dochodzi do walki o władzę. Zmiany ekip rządzących są częstsze niż w innych giełdowych spółkach. Trudno w tej sytuacji koncentrować się na jakiejś dalekosiężnej wizji rozwoju, skoro ma się poczucie tymczasowości.

Czy jest możliwe efektywne zarządzanie jednym z większych koncernów paliwowych w Europie przez człowieka, który "dopiero uczy się spółki"? Nie sądzę, żeby obydwie ekipy (w KGHM i PKN) przetrwały po najbliższych wyborach. Wiemy wszyscy doskonale, jak chętnie sięgają po wszelkie stołki nasi politycy. PKO BP to jest duża państwowa firma, z dużym przerostem zatrudnienia. Jest w niej mnóstwo ciekawych i cichych stanowisk do obsadzenia. Wiem, że ta sytuacja będzie się stopniowo zmieniać, ale ile minie czasu, zanim PKO BP zostanie efektywnie zarządzanym bankiem prywatnym - nie wiem.

Jednak pytanie podstawowe brzmi - czy na tej ofercie zarobimy? Byłem bardzo zdziwiony, kiedy w publicznej telewizji usłyszałem wypowiedź ministra Jacka Sochy, że drobni akcjonariusze mają 4% w kieszeni, bo z takim upustem względem ceny emisyjnej kupią akcje. To bardzo dziwne stwierdzenie w ustach człowieka, który wcześniej przewodniczył KPWiG. Przecież o zyskach z inwestycji nie decyduje cena, po jakiej kupi się akcje, ale ta, po której się sprzeda.

Na razie koniunktura na giełdzie jest niezła, ale co będzie za trzy tygodnie, kiedy akcje PKO BP pojawią się na rynku? Kto obserwuje notowania, wie, że na przykład kurs KGHM może polecieć w dwa dni 10%. Dlaczego to samo nie może spotkać akcji PKO BP? Bo jest instytucja, która ma za zadanie stabilizować notowania? Wolne żarty - Credit Suisse będzie mógł skupić około 25 mln akcji, tymczasem transza inwestorów indywidualnych będzie liczyć przynajmniej 75 mln akcji. Wszystkich nie skupi. Pamiętam, co stało się z rynkiem, kiedy ten był po dłuższym wzroście, a ludzie zabijali się o akcje Banku Śląskiego. Dlatego wolę się przekonać, co warte jest PKO BP na giełdzie, zamiast kupować kota w worku.

Reklama
Reklama

Wreszcie, ostatni argument, ale wcale nie najmniej ważny. To z biura maklerskiego banku PKO BP wyszły zlecenia, które spowodowały 4 lutego gwałtowne zmiany notowań na rynku kontraktów terminowych. Tamte zdarzenia określa się na rynku mianem "afery 4 lutego". Efektem gwałtownych zmian kursów było ponad 1,5 mln zł strat, które ponieśli przypadkowi, najczęściej drobni inwestorzy. Początkowo biuro maklerskie wydawało się skłonne do zawarcia porozumienia z poszkodowanymi, później usztywniło stanowisko. Teraz część inwestorów przygotowuje się do sprawy sądowej. Wygląda to tak, że prawą ręką bank będzie się boksować z drobnymi graczami, lewą wyciągnie do nich po pieniądze. Jak mam w tym kontekście rozumieć hasło reklamowe oferty "Bliżej Ciebie"?

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama