- Zastanawialiśmy się nad uruchomieniem funduszu, który koncentrowałby się na ofertach pierwotnych - mówi Paweł Borys, zarządzający akcjami z DWS. - Uznaliśmy jednak, że byłoby to zbyt ryzykowne - dodaje. Dlaczego? Bo rynek pierwotny jest cykliczny. - Albo mamy wysyp ofert, jak w tej chwili, albo nie ma ich w ogóle - przekonuje specjalista. Wtóruje mu Ryszard Rusak, zarządzający z Union Investment. - Wahania jednostek uczestnictwa byłyby ogromne.
Spadek kursów
Są też inne przeszkody. - Były próby tworzenia takich funduszy w Europie Zachodniej. Zazwyczaj było jednak tak, że powstawały wtedy, gdy rynek akcji osiągał szczyt. Jeżeli ludzie zabijają się o akcje debiutantów, to znaczy, że ceny walorów na giełdzie niedługo zaczną spadać - przekonuje Sebastian Buczek, wiceprezes ING TFI. - Nie chciałbym za sześć czy 12 miesięcy tłumaczyć się z wyników takiego funduszu - dodaje. Podobnego zdania jest Konrad Łapiński, zarządzający ze Skarbca. - Akcje większości ostatnich debiutantów notowane są dziś poniżej ceny emisyjnej - mówi.
Za małe limity
Kolejny problem to, według zarządzających, budowa portfela inwestycyjnego. - Skala redukcji przy zapisach jest zbyt duża. Przy ostatnich ofertach było to ok. 90% - mówi P. Borys. Fundusze otwarte mogą inwestować maksymalnie 5% swoich aktywów w walory jednego emitenta. Limit ten może być podniesiony do 10%, pod warunkiem, że łączny udział takich inwestycji nie przekracza 40% wartości aktywów. - Możemy złożyć zapisy na kwotę maksymalnie 10% aktywów funduszy. Jest to niezbyt opłacalne przy założeniu, że dostaniemy tylko 10% z tego - twierdzi zarządzający z DWS. Jest też inna przeszkoda. - Zdefiniowanie polityki inwestycyjnej takiego funduszu byłoby bardzo trudne. Krótko mówiąc, inwestorzy nie wiedzieliby, co kupują - ocenia R. Rusak.