Najważniejsze wydarzenie środowej sesji to oczywiście debiut wciąż państwowego banku PKO BP. Można się było obawiać, że to "święto rynku kapitałowego" przyćmi całą sesję. Po części tak się stało, bo notowania kontraktów ruszyły dopiero o 10.00. Mimo że opóźnienie było zaplanowane, to jednak pozostał niesmak i pytanie o wydolność "rewelacyjnego" Warsetu.

Pomimo debiutu aktywność na sesji była przyzwoita, co może cieszyć. Martwi zapewne kierunek zmiany cen. Ziściły się obawy, że optymizm z drugiej połowy wtorkowej sesji nie był wystarczająco szczery. Wystarczyło go raptem na kilka pierwszych chwil notowań. Później było już tylko gorzej. Ceny najpierw szybko zjechały do poziomu 1845 pkt, by później powolutku kreślić odbicie. Problem w tym, że w ostatniej godzinie notowań ponownie przeważyła podaż. Popyt z dnia poprzedniego zupełnie wyparował. Zamknięcie w okolicy minimum sesji trudno uznać za triumf byków.

Nie jest jednak aż tak źle, jakby mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Środowy spadek nie był na tyle mocny, by zdecydowanie zanegować wzrost z wtorku. Jest więc jeszcze szansa na ponowną próbę podniesienia cen. Niewykluczone że spadek ze środy będzie jeszcze pogłębiony. Myślę jednak, że okolice 1830 pkt okażą się wystarczającym wsparciem.

Mimo takich oczekiwań mam poważne obawy, że obserwowany wzrost jest jedynie sprytnie przeprowadzaną dystrybucją. Cały czas mam w pamięci koszykowe zlecenia kupna we wtorek. To jest wystarczająca przesłanka za tym, by wzmóc czujność. Jeśli ktoś chce kupić akcje, to przecież nie podbija sobie sztucznie ich cen. Wyjaśnieniem pozostaje chęć zrobienia dobrego wrażenia i wciągnięcia do gry kolejnych inwestorów. Gra na krótką metę może się opłacać, ale pamiętajmy, że ostatni gasi światło.