Od kilku miesięcy obserwujemy systematyczne umacnianie się kursu złotego. Ostatnio zjawisko to przybrało na sile w takim stopniu, że niemal całkowicie zdominowało dyskusję na tematy ekonomiczne w Polsce. Premier Marek Belka jest "prawie przerażony", posądzając kurs złotego o zabójcze skłonności w stosunku do naszych eksporterów. Alarmuje i wzywa do współpracy bank centralny, aby rozważyć metody, którymi można by wspólnie przeciwdziałać dalszej aprecjacji. Co ciekawe, na równie zaniepokojonego wygląda wiceprezes NBP Krzysztof Rybiński, według którego kontynuacja umocnienia złotego może wymagać reakcji ze strony banku centralnego w postaci obniżki stóp procentowych lub dokonania interwencji walutowych. W efekcie zarówno media, jak i rynek finansowy aż huczą od spekulacji i domysłów, czy, kiedy i przy jakich poziomach kursu NBP jest w stanie zainterweniować na rynku walutowym, aby osłabić złotego.

Tymczasem wydaje się, że im więcej się mówi i pisze o interwencjach kursowych, tym mniej stają się one prawdopodobne. Praktyka banków centralnych na świecie pokazuje bowiem, że interwencje takie są skuteczne wtedy, gdy stanowią dla rynków walutowych duże zaskoczenie. W przeciwnym wypadku operacja nie tylko jest bardzo kosztowna, ale nie przynosi istotnych efektów w postaci faktycznego, trwałego odwrócenia trendu na rynku. I kto jak kto, ale posiadający olbrzymie doświadczenie w pracy na rynkach finansowych wiceprezes NBP doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Wygląda więc na to, że groźba interwencji walutowych NBP jest obecnie dość odległa. Tym bardziej że najwyraźniej brakuje spójności poglądów w tym zakresie zarówno w rządzie, jak i w banku centralnym. Podczas gdy premier Belka nawołuje do rozważenia działań przeciwko umocnieniu waluty, minister finansów Mirosław Gronicki i wicepremier Jerzy Hausner są zdania, że ingerowanie w rynkowy kurs złotego nie byłoby obecnie wskazane ani potrzebne. Również prezes NBP Leszek Balcerowicz uważa, że polityka nieinterweniowania na rynku walutowym prowadzona do tej pory przez NBP i RPP dobrze służy polskiej gospodarce i nie widać powodów, aby miało się to zmienić.

A może jednak nie chodzi o faktyczne podjęcie interwencji, ale o wprowadzenie niepewności odnośnie do tej decyzji, która miałaby zachwiać przekonaniem inwestorów o kontynuacji wzrostów złotego? Być może. Kłopot jednak w tym, że takie próby również skazane są raczej na niepowodzenie. Przypomnijmy, że to nie pierwszy raz premier Marek Belka wybiera się na wojnę ze złotym. Prawie dokładnie trzy lata temu, jako minister finansów w rządzie Leszka Millera, zorganizował podobną krucjatę przeciwko wzmacniającej się walucie. Były apele o interwencję, spotkania rządu z Radą Polityki Pieniężnej i NBP, mediacje prezydenta Kwaśniewskiego, posiedzenia Rady Gabinetowej, i... nic. Jeżeli gracze rynkowi są przekonani o trwałości trendu, wówczas apele, prośby i spotkania raczej nie robią na nich większego wrażenia, nieważne, jak bardzo nagłośnione są medialnie. Złoty nadal był mocny, aż do momentu, gdy na rynek zaczęły docierać negatywne informacje o destabilizacji politycznej (m.in. dymisja Belki) oraz fatalnym stanie finansów publicznych (dług publiczny zbliżający się do konstytucyjnych limitów).Jaki z tego wniosek? Wbrew pozorom nie twierdzę wcale, że złoty będzie się umacniał w nieskończoność. Granice tego trendu wyznaczone są m.in. przez fakt, że problemy fiskalne Polski nie zostały wcale rozwiązane, a jedynie odłożone w czasie i nieco przypudrowane. Dodatkowym elementem granicznym są czekające nas w przyszłym roku wybory parlamentarne i związana z nimi niepewność co do kształtu polityki gospodarczej w kolejnych latach. Jeżeli jednak rząd i bank centralny przekonani są o tym, że dla dobra gospodarki potrzebna jest ingerencja w rynkowo determinowany kurs walutowy, powinni uderzyć w najmniej oczekiwanym momencie, bez uprzedniego ogłaszania swoich planów w świetle kamer i jupiterów. Inaczej będzie to operacja nieudana.