Dołek poniedziałkowej sesji nie został poprawiony, a tym samym korekta wzrostu środowo-czwartkowego nie została pogłębiona. Czy to oznacza, że mamy ją za sobą i możemy liczyć na nowe szczyty? Chyba jest jeszcze na to za wcześnie. Nie było wczoraj widać zniecierpliwionego popytu, który wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję do zajęcia długich pozycji.
W ciągu czterech dni rynek wzrósł o prawie 100 pkt. Faktyczna korekta rozpoczęła się spadkiem cen w poniedziałek. Nie był on znaczący. Trudno zatem uznać, że korekta została w pełni wykreślona. Wydaje się, że powinna być głębsza niż dwadzieścia kilka procent poprzedniego ruchu. Tak płytkie korekty zdarzają się u nas bardzo rzadko. Jedynie wtedy, gdy rynek jest faktycznie bardzo silny. Teraz na taki nie wygląda. Wczorajszą sesję można uznać za próbę powrotu do wzrostu.
Zwyżka przy małym obrocie i oparta o spółki zwykle wykorzystywane do wyciągania rynku jest bardzo mało wiarygodna. Nie sądzę, by inwestorzy się na to nabrali. Tym samym rynek ponownie może zostać odpuszczony, a byki pozwolą na dalszy spadek pod poziom poniedziałkowego minimum. Wsparciem (zakładam, że skutecznym) pozostaje cały czas strefa poprzednich szczytów. To właśnie tu popyt powinien być aktywny. Zbliżenie się cen do okolic 1870 pkt jest całkiem prawdopodobne. To już byłby spadek, który można byłoby uznać za koniec korekty.
Podsumowując, mimo dobrej końcówki pozostaje wiele wątpliwości. Wybicie z poprzedniego tygodnia potwierdza przewagę byków, ale wczoraj nie była ona równie druzgocąca. Tym samym można mieć obawy, że to jeszcze nie koniec korekty. Dla posiadanych pozycji wczorajsza sesja niewiele zmieniła. Nie padły żadne poważniejsze sygnały, które sugerowałyby podjęcie działań.