Po piątkowej sesji nastroje inwestorów nie były najlepsze. Nie tylko inwestorów. Także analitycy spoglądali w przyszłość w co najmniej szarych barwach. Wskaźnik Wigometr zanotował spadek o 41 pkt. Większość ankietowanych przewidywała zniżkę indeksu w tym tygodniu. Ta jednomyślność dawała do myślenia. Tym bardziej że nie wydarzyło się jeszcze nic na tyle złego, by załamywać ręce.
We wcześniejszych komentarzach sugerowałem, by zejście cen kontraktów pod poziom kwietniowego szczytu potraktować nieco ulgowo, a za wsparcie nie brać tylko tego szczytu, ale przedział wartości zawierający poziomy wszystkich ważniejszych szczytów wykreślonych od kwietnia do listopada. Wczoraj właśnie to wsparcie się obroniło i popytowi udało się zakończyć notowania nad poziomem otwarcia oraz poziomem piątkowego zamknięcia.
Takie zachowanie nie przesądza jeszcze o powrocie do szybkich wzrostów, ale zdecydowanie przeczy pesymizmowi z końca ubiegłego tygodnia. Jeśli spojrzymy na wykres, to widać wyraźnie, że to właśnie spadek z poprzednich dni wykreślił głębszą korektę, której należało oczekiwać. Wcześniej takiej nie było mimo szybkiego wzrostu cen. Dopiero wczorajsze pogłębienie piątkowego spadku sprawiło, że osiągnęliśmy pierwszy poważny poziom zniesienia - 38,2%. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by było to np. 50%. Myślę jednak, że wczorajsze minimum (1862 pkt) pozostanie minimum całej korekty.
Jeśli faktycznie korektę mamy już za sobą, to teraz rynek może przygotowywać się do kolejnego ataku na szczyty. Analizę nieco zaburzy rolowanie serii. To może sprawić, że przygotowania mogą się przeciągnąć do przyszłego tygodnia. Nadzieją na wybicie jest jeszcze jakaś zaskakująca decyzja RPP, ale chyba lepiej, by obyło się bez niespodzianek.