Jedną z lepszych miar apetytu inwestorów na ryzyko związane z lokowaniem na "rynkach wschodzących" jest spread pomiędzy średnią rentownością obliczanego przez JP Morgan indeksu obligacji krajów zaliczanych do "emerging markets" (EMBI) a rentownością papierów rządu USA. W listopadzie spread ten spadł powtórnie w tym roku poniżej poziomu 380 punktów bazowych (poprzednio w styczniu). Ta bardzo niska wartość odzwierciedla wysoką skłonność do ryzyka związanego z EM, o czym można się przekonać, porównując go do poziomów obserwowanych w szczytach kryzysów finansowych minionych 10 lat (1800 bp w marcu 1995 - kryzys meksykański; 1600 pb we wrześniu 1998 - kryzys rosyjski; 1000 pb w listopadzie 2001 - atak na USA, kryzys argentyński). W przeszłości równie niski co obecnie poziom spreadu na obligacjach krajów EM wystąpił jedynie 3-krotnie: w I kw. 1994, w lutym oraz pomiędzy majem a październikiem 1997 oraz w styczniu tego roku. Kupując akcje na rynkach wschodzących w I kw. 1994 rok później notowaliśmy średnią stratę w wysokości ok. 25% (roczna zmiana indeksu MSCI Emerging Markets w lokalnych walutach). Ta sama operacja dokonana w 1997 roku dawała po roku stopę zwrotu wahającą się od -20 do -50%. Kupując akcje na EM w tegorocznym styczniowym minimum obligacyjnego spreadu można było do maja stracić 14% (maksymalny spadek indeksu MSCI EM od kwietnia do maja wynosił 20%), chociaż obecnie ceny są ponownie wyższe. Jak stopy zwrotu uzyskają inwestorzy lokujące w akcje EM obecnie?

W czwartek podana została w USA informacja o największym od stycznia 1994 miesięcznym spadku liczby rozpoczętych w USA budów nowych domów (-13,1%). Roczna zmiana -13,8% była największa od marca 1995. Warto zwrócić uwagę na sytuację na globalnym rynku nieruchomości, jako że już wcześniej sygnał ostrzegający przed możliwością słabnięcia koniunktury nadszedł z Wielkiej Brytanii, gdzie średni poziom ceny domów spadał od lipca, a październikowa 1-proc. obniżka była największą od czerwca 1995 (ale w listopadzie ceny wzrosły o 0,8%).