Nowy rok rozpoczął się względnie gwałtownym odwróceniem trendów dominujących w ostatnich tygodniach zeszłego roku: dolar zaczął się umacniać, złoty słabnąć, akcje, obligacje i surowce tanieć. W komentarzach padało zwykle słowo "korekta" i nie da się wykluczyć, że - na wzór np. początku 2000 - dotychczasowe trendy rynkowe ulegną przedłużeniu o kolejne kilka tygodni.

Trudno jednak na to stawiać duże pieniądze. Większość z tych tendencji, które osiągały szczyt w ostatnich dniach 2004 roku, jest już bowiem w bardzo dojrzałej fazie. Po pierwsze, trwały one bardzo długo i były silne: dolar spadał przez 3,5 roku w największej bessie od 17 lat, surowce od końca 2001 roku przeżyły największą od okresu lat 70. hossę. Z formalnego punktu widzenia polskie akcje znajdują się w hossie przez rekordowe 39 miesięcy. Po drugie, zarówno na świecie, jak i w naszym kraju faza cyklu koniunkturalnego, którą chyba najlepiej opisać jako początkową fazę spowolnienia gospodarczego i dezinflacji, niespecjalnie sprzyja - w teorii - zarówno surowcom, jak i rynkom akcji (szczególnie tym "wschodzącym"). Wydaje się, że ewentualne pogłębienie spowolnienia, przekładając się na względnie głęboki spadek popytu na surowce i towary nisko przetworzone, powinno odbić się również spadkiem popytu na waluty krajów zaliczanych do emerging markets. Odnosi się to również do złotego. Po trzecie, przynajmniej w przypadku dolara, rynków towarowych oraz rynku akcji w USA mieliśmy do czynienia z ekstremalnie dobrymi nastrojami, które sugerują wysokie prawdopodobieństwo zmiany trendu w najbliższej przyszłości.

Ryzyko związane z amerykańskim rynkiem akcji pogłębia fakt, że zarówno wskazania rynku pieniężnego, jak i retoryka Fed zapowiadają dalsze zaostrzanie polityki pieniężnej. W teorii obecna faza cyklu koniunkturalnego najbardziej sprzyja obligacjom, ale po ostatnim 5-miesięcznym rajdzie (analogicznym do tego z okresu X 2000-II 2001) należy im się - jak sądzę - zasłużony odpoczynek.