Po porannym spadku, będącym kontynuacją wyprzedaży z ostatnich dni, osamotnione rodzime fundusze w końcu podjęły próbę obrony rynku. W środę nie miały szans, bo zbyt silna była presja podaży, a wczoraj rynek po pierwsze można już było uznać za "wyprzedany", a po drugie - kolejna fatalna sesja w przypadku piątkowych słabych danych z amerykańskiego rynku pracy (tytułowe payrolls) mogłaby się przerodzić w panikę. Było więc o co walczyć.

Podsumowując próbę zatrzymania spadków, najrozsądniej byłoby napisać, że czekamy właśnie na piątkowe dane makro i to one ustalą koniunkturę na przyszły tydzień. Ale zakładając ich neutralny wpływ, trzeba opierać się na tym, co rynek pokazał do tej pory. Obroty wczoraj były znowu bardzo duże (480 mln), jednak ciężko interpretować je na korzyść którejkolwiek ze stron. Spora aktywność towarzyszyła zarówno odreagowaniu, jak i słabemu otwarciu z równie słabą końcówką sesji. Obiektywnie jednak patrząc, rynek dalej pokazał swoją niemoc, choćby tylko poprzez kilkakrotne nieudane wyjście nad wczorajsze zamknięcie, co po niemal 100-punktowej przecenie indeksu powinno być dziecinnie proste.

Ale uwaga, było minęło. Pierwszy tydzień nowego roku (przemeblowania w portfelach funduszy) jest tak samo zupełnie odrębnym okresem w giełdowym kalendarzu, jak notowania z drugiej połowy grudnia. Znowu zupełnie inny rynek zobaczymy w przyszłym tygodniu, a wyznacznikiem nastrojów powinny być dzisiejsze dane z rynku pracy. Subindeksy z indeksu ISM, dane Initial Claims czy ankiety Challengera sugerują mały dramat przy dzisiejszej publikacji o 14.30. Mnie natomiast poraża "oczywistość" takiego rozwiązania i choć obawy niektórych ekonomistów (payrolls poniżej 100 tys.) podzielam, to mam wrażenie, że po ostatnich informacjach "ulica" sporo z tego zdyskontowała.