GPW wciąż męczy kac po sylwestrowym wyciąganiu rocznych stóp zwrotu. Fatalna koniunktura na niemal wszystkich sesjach nowego roku pokazała, w jakim punkcie jesteśmy. Bez zachodniego kapitału nasz rynek skazany jest na osuwanie. Rodzime fundusze wypełniły portfele już wcześniej i nie ma komu ciągnąć indeksów wyżej. Co prawda, są tacy (Merrill Lynch), którzy pozytywne rekomendacje opierają właśnie na popycie ze strony OFE (patrz PKN), nie zauważając trochę, że z tej mocno zyskownej inwestycji rodzime fundusze w drugiej połowie roku wycofywały się na rzecz zagranicy. Zresztą wokół PKN w ogóle jest ciekawie, bo również ING zachęca do kupna tych akcji. Szkoda, że równie wyraźnie nikt nie widział miesiąc temu drastycznego spadku cen ropy i większości firm z sektora, na co PKN reagował z kilkutygodniowym opóźnieniem. Teraz wygląda to trochę tak, jakby zachodnim funduszom palił się grunt pod nogami i chciały oddać papiery w ręce rodzimych instytucji.
Wracając jednak do wczorajszej sesji, należy zauważyć, że dalej jest słabo. Około 13.00 fundusze rozpoczęły obronę rynku i przy wyraźnie większej aktywności dużych graczy ruszyliśmy do odreagowania. Taki zwrot bardzo często zatrzymuje spadki i pozwala na wzrost na kolejnej sesji. Jest tylko jeden warunek - byki muszą wytrzymać do końca sesji. Tego wczoraj zabrakło i nawet tak nieduże odreagowanie, wsparte naprawdę sporymi zleceniami kupna, zostało natychmiast wykorzystane do wyrzucenia papierów. W efekcie skończyliśmy przy minimach i ta próba odwrotu tylko rynkowi zaszkodziła, obnażając jego słabość. Oczywiście, optymiści zauważą, że kolejną szansą jest wsparcie na kwietniowych szczytach (też WIG20), ale niewykorzystanie wczorajszej szansy każe czekać z kupnem na naprawdę mocny sygnał.