Parafrazując znane powiedzonko, im bardziej inwestorzy chcą korekty, tym bardziej jej nie ma. Od kilku dni oczekujemy na korektę ostatnich spadków cen. Te trwają od początku roku i na razie nie było poważniejszej zwyżki. Wynika to zapewne z dwóch powodów. Powszechne oczekiwanie wzrostu służy najmniej samemu wzrostowi. Po drugie, perspektywy są raczej mało optymistyczne, a także i oczekiwania. Wiemy, że rynek ma szansę się teraz odbić, ale wiemy też, że to będzie raczej korekta niż coś poważniejszego. Sam sugerowałem, że w najlepszym wypadku bykom uda się zbliżyć do okolic ostatniej luki bessy.
Teraz zastanawiam się nad czymś innym. Skoro oczekiwana korekta nie nadchodzi, to rynek musi przestraszyć oczekujących, by w końcu były warunki do wzrostu cen. Idąc tym tokiem myślenia, można założyć, że wykonamy szybki, acz krótki spadek cen, by strząsnąć co bardziej strachliwych graczy. Wtedy potencjał dla zwyżki będzie większy i ta będzie miała szansę się pojawić. Nie zmieni się natomiast jej znaczenie. Cały czas będę zakładał, że to jest tylko korekta spadku. Niedźwiedzie mają zbyt wiele argumentów, by zakładać w tej chwili atak na szczyty. W niektórych przypadkach są to już sygnały o znaczeniu średnioterminowym.
Przypomnę, że w tej chwili najbliższym poziomem wsparcia dla cen kontraktu na WIG20 jest dołek z 13 grudnia ub.r. Tu można spodziewać się większej aktywności popytu. Na ten poziom wskazuje choćby wielkość ostatniej formacji klina zwyżkującego. Pytanie, czy popyt będzie wystarczająco silny, by już z tego poziomu rozpocząć próbę ataku na szczyty. Wiedząc, że na wykres powstaje formacja klina, trzeba wziąć pod uwagę wariant, że wykres będzie testować jej dolne ograniczenie (okolice 1780 pkt).